czwartek, 17 marca 2016

Wpis nr 6

Nie zdziwiło mnie, że Dominik został informatykiem. Przecież już wyglądał jak stereotypowy nerd z amerykańskich komedii. No, w sumie informatyk to za wiele powiedziane. Dali mu całkiem porządną lustrzankę i kazali robić fotoreportaże, które potem będzie zamieszczał na naszej stronie. Poza tym miał odbywać dyżury przy utrzymaniu porządku publicznego - ładna nazwa na zamiatanie ulic, odśnieżanie i zbieranie śmieci. Dodatkowym zajęciem większości mężczyzn było pilnowanie granic. Mieszane gryfio-ludzkie drużyny nieustannie strzegły nowego państwa - bo tak trzeba określić ten twór polityczny. Dominik widocznie sprawiał wrażenie zbyt słabego fizycznie do służby w straży, więc przydzielili go do sprzątania. Ja trzy razy w tygodniu, późnym wieczorem, miałam dyżury w karczmie - sprzątanie i mycie naczyń po całym dniu. Ale moim głównym zajęciem miała być hodowla królików.

Króliki, czaicie to? Wampir ma hodować króliki... Kiedy to usłyszałam o mało nie wybuchnęłam śmiechem. No cóż, jeśli już mam się tym zajmować, to postaram się stworzyć najlepszą hodowlę królików ever. Dostałam siedemnaście puchatych stworzeń, nadałam im imiona, zrobiłam kolorowe szelki... Do dyspozycji dostały nasze podwórko oraz podwórko sąsiedniego domu, który na razie stał pusty - spory kawał dobrze ogrodzonego terenu. Kazałam moim ludziom sprawdzić w necie czym powinno się żywić te uszaste stwory i całe dnie spędzałam na znoszeniu do domu nieźle już przysuszonej trawy, ziół i gałązek. Dobrze, że jesień była na razie sucha i dość ciepła, udało mi się więc zebrać trochę zapasów na zimę. Zaczęłam prowadzić księgę hodowlaną - brzmi dumnie, ale był to zwykły zeszyt formatu A4 w okładce w czerwoną szkocką kratę. Pilnowałam, by nie były ze sobą zbyt blisko spokrewnione. Grabiłam ich bobki do złudzenia przypominające czekoladowe płatki śniadaniowe. Króliki może nie są zbyt bystre, ale praca przy nich relaksowała mnie. W nocy teleportowałam się do domu i przez kilka godzin zajmowałam się sprawami z różnych zakątków świata. Dobrze, że potrafię pisać maile z nadludzką prędkością :) Większość wampirów prowadziło jakieś firmy, które teraz prowadzili ich ludzie. Wiem, że niewolnicy są przyzwyczajeni do wypełniania poleceń swojego pana, ale do cholery, czy teraz naprawdę nie potrafili samodzielnie o niczym zadecydować? Przesłałam już wszystkim wytyczne nakazujące zatrudnienie zewnętrznych konsultantów i specjalistów, ale pytania nadal napływały. Tym oto sposobem potrafiłam o trzeciej w nocy pisać z gościem na temat sprzedaży jakiś koreańskich akcji. Tak jakbym się na tym znała...

Po załatwieniu bieżących spraw zwykle teleportowałam się do jakiegoś człowieka chcącego oddać dla mnie krew. My musimy pić ludzką krew, to oczywiste. Ale ludzie też szybko przyzwyczajają się, wręcz uzależniają od bliskiego kontaktu z wampirem. A teraz mamy tak wielu osamotnionych niewolników i tylko jedną wampirzycę... Miałam więc rozpisaną kolejkę chętnych i starałam się poświęcić im trochę czasu. Potem wracałam do państwa gryfów i łapałam te dwie, trzy godziny snu, które były mi niezbędne. Tak mijały mi kolejne dni. Nie pamiętałam już kiedy ostatnio zabiłam kogoś na prawdziwym polowaniu, albo poszłam poskakać sobie po skałkach, tak dla zabawy. Nie no, oczywiście pamiętałam, jakże mogłabym zapomnieć cokolwiek. Ale ten brak wolnego czasu irytował mnie coraz bardziej. A wkurzony wampir to zły wampir i uwierzcie, nie chcielibyście spotkać takiego na swojej drodze. Na szczęście mogłam trochę się uspokoić łażąc z wielkim prześcieradłem po łąkach, rowach i innych krzaczorach i zbierając chwasty dla moich królików. Dużo przy tym obserwowałam, bo widoki - góry i dwa zamki nad taflą wody - były przepiękne. Obserwowałam też gryfy i ich zwyczaje. Trasy patroli. Wyloty na polowanie. Loty godowe. Coraz łatwiej było mi wyczuć ulotne echo ich magii. Magii, która wzmacniała się i coraz bardziej należała do tego miejsca. Mogłabym zbadać ją dokładniej, sprawdzić czy tak samo jak nasza układa się w żyły i czakramy, ale nie chciałam ryzykować dekonspiracji. Poprzestałam więc na dyskretnym szpiegowaniu w przerwach pomiędzy jedną a drugą wiązką roślinek dla królików. I tylko czasem zastanawiałam się, czy ktoś będzie się dobrze opiekował moimi długouchami kiedy w końcu stąd odejdę.

piątek, 23 października 2015

Wpis nr 5

Bo wampiry nie kłamią. Kiedy żyje się długo kłamstwa nie mają sensu. Po co, skoro w końcu prawda wyjdzie na jaw? A wtedy okłamany może się nieźle wkurzyć, no i po co to komu? Ale teraz nie było już innych wampirów i stare prawa pozostały tylko w mojej głowie.

Władca gryfów i jego strażnicy opuścili salę. Podnieśliśmy się z kolan. Mężczyzna spod ściany powiedział, że zaprowadzi nas do nowych domów. Przedstawił się imieniem Sylwester, pełnił funkcję szefa i zarządcy wszystkich ludzi. Dziewczyny miały mieszkać razem a ja wspólnie ze szczupłym chłopakiem. Opuściliśmy zamek i przeprawiliśmy się łodzią na drugą stronę jeziora. Gryfy zajęły kilka miejscowości pomiędzy dwoma zamkami, ale pozwoliły osiedlać się ludziom tylko w Niedzicy, zapewne po to, by mieć nad nimi większą kontrolę. Niezły pomysł, pewnie sama też bym tak zrobiła. Sylwester pokazał nam restaurację, w której dwa razy dziennie będziemy mogli spożywać posiłki. Ludzkie jedzenie! No cóż, będę musiała potem się go jakoś magicznie pozbyć. Dziewczyny zamieszkały w domu niedaleko restauracji, a ja z moim współlokatorem dostaliśmy dom położony nieco dalej. Był to duży budynek (zresztą wszystkie były duże, ich poprzedni właściciele zarabiali na noclegach dla turystów), położony nieco dalej od ulicy. Miał duże podwórko ogrodzone siatką. Sylwester powiedział nam, żebyśmy rano po śniadaniu zgłosili się do niedzickiego zamku po przydział obowiązków. Zostawił nam też regulamin, do którego mieliśmy się stosować. Potem poszedł sobie, a my udaliśmy się do naszego nowego domu.

Mój współlokator miał na imię Dominik, był szczupłym i bardzo małomównym dwudziestolatkiem. Mieliśmy wolne popołudnie, chciałam wykorzystać ten czas na zapoznanie się, ale Dominik unikał konwersacji albo odpowiadał półsłówkami. Zrezygnowałam z rozmowy i rozpakowałam swoje rzeczy w pokoju.

Wieczór poświęciłam na zapoznanie się z ludźmi i z organizacją tego dziwnego miejsca. Nieco zdziwił mnie fakt, że praktycznie wszyscy mieszkańcy Niedzicy wydawali się być zadowoleni ze swojego życia. Szczęśliwi Polacy - dziwne, nieprawdaż? Powłóczyłam się trochę po okolicy, posiedziałam w karczmie. Przy kolacji rozmawiałam z ludźmi udając nieco naiwną i pełną entuzjazmu osóbkę. Na posiłku pojawił się Dominik. Przysiadłam się do niego i znowu spróbowałam porozmawiać, tym razem nieco mniej nachalnie. Większość z tych, których tu poznałam, wydała mi się być spokojnymi ludźmi - istny zlot introwertyków - ale on nawet na ich tle wydawał się strasznie cichy i wycofany. Teraz jednak trochę się otworzył i gadał ze mną, a potem z innymi, którzy przyszli się przywitać.

Wróciliśmy razem do domu a potem czekałam, aż chłopak uśnie. Kiedy już usłyszałam jego równy oddech teleportowałam się do swojego domu. Wreszcie mogłam zająć się poważnymi sprawami i  zapolować.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Wpis nr 4

Pamiętam to bardzo dobrze - zresztą ja wszystko pamiętam wyśmienicie, taka już jest wampirza pamięć - było nas pięcioro i czekaliśmy przed bramą czorsztyńskiego zamku dobre dwadzieścia minut. Gryf, który nas eskortował, kazał nam stać i nie rozłazić się po okolicy, a sam wleciał na mur, usadowił się i obserwował nas z góry. Jego ślepia były żółtopomarańczowe, a spojrzenie przenikliwe. To był chłodny październikowy dzień, a do tego mżyło. Pogoda dawała się we znaki moim ludzkim towarzyszom. Trzy kobiety i bardzo młody mężczyzna - nie dałabym mu więcej niż dwadzieścia lat. Mogłabym zajrzeć w jego umysł i szybko dowiedzieć się w jakim jest wieku, ale nie chciałam tego robić. Postanowiłam ograniczyć używanie magii do niezbędnego minimum by nie ryzykować rozpoznania. Kobiety zaczęły rozmawiać cicho ze sobą, chłopak stał na uboczu i patrzył w przestrzeń, a ja usiadłam na swojej walizce i przysłuchiwałam się odgłosom naprawy i rozbudowy zamku. Musiały przy tym pracować mieszane załogi, gdyż po chwili nauczyłam się rozróżniać ludzkie i gryfie głosy. Widziałam też dwa gryfy lecące na teren zamku z kamieniami w szponach.

- A mi prostownicę zabrali, czaicie to? - usłyszałam zdanie z rozmowy kobiet. Żaliła się najmłodsza z nich. Rzeczywiście, przy wjeździe na teren gryfów nasze bagaże zostały skontrolowane. Mogliśmy wwieźć tylko ubrania i podstawowe artykuły higieniczne. Żadnej elektroniki i niepotrzebnych gadżetów. Klucz, według którego gryfy przeprowadzały rewizję, był interesujący: chłopak mógł zatrzymać elektryczną szczoteczkę do zębów i golarkę, ale dziewczyna musiała oddać prostownicę i suszarkę do włosów. Za to pozwolili jej na depilator. Ciekawy wybór, nieprawdaż? Żadne z nas nie próbowało przemycić smartfona czy innego tabletu, gdyż było to wyraźnie zabronione na gryfiej stronie internetowej. Te pierzaste skubańce doceniają potęgę internetu i social mediów, przyznajcie się, ilu z was ma ich zalajkowanych na fejsie?

W końcu gryfi strażnik poruszył się i sfrunął do nas. Z zewnątrz otworzono bramę i wreszcie mogliśmy wejść do środka. Nigdy wcześniej tu nie byłam, ale łatwo było dostrzec postępy odbudowy. Niegdyś trwała ruina, dziś Czorsztyn był niemalże przywrócony do stanu świetności. W środku nie znaleźlibyście jednak luksusów - kamienne posadzki i nagie ściany, w oknach tylko drewniane okiennice. Tu mieszkały gryfy i było to widać na każdym kroku.

Władca czekał na nas w jednej z większych sal w asyście dwóch strażników. Tak właśnie o nim mówili, władca. Był wysokim gryfem o ciemnopopielatej sierści i jasnoszarych, miejscami srebrnych piórach. Potem dowiedziałam się, że został wybrany ze względu na duże zdolności magiczne, a nazywał się Szara Skała.

Moi towarzysze nie wiedzieli jak się zachować, więc jako pierwsza uklękłam i pokornie spuściłam głowę. Tego oczekiwałabym od poddanych mi ludzi. Reszta poszła w moje ślady. Władca powoli podszedł do nas. Usłyszałam jak do sali wszedł jakiś człowiek i stanął pod ścianą. Kątem oka widziałam jego stopy. Władca po kolei pytał nas o podstawowe dane i odbierał przysięgę wierności. Człowiek pod ścianą notował. Ja byłam ostatnia w kolejce. Gryf położył swoją szponiastą łapę na moim ramieniu i kazał mi na siebie spojrzeć. Miał oczy w pięknym kolorze wiśniowego bursztynu. Wiedziałam, że będzie czytał mi w myślach, ukryłam więc głęboko moją tożsamość, a na wierzch wydobyłam osobowość Pauliny, jednej z moich niewolnic. Podałam również jej dane. Byłam gotowa do walki i szybkiej ucieczki, ale oszustwo powiodło się. Władca spytał:
- Czy przysięgasz gryfom wierność i posłuszeństwo?
- Przysięgam - odpowiedziałam. Było to moje pierwsze kłamstwo w wampirzym życiu.

wtorek, 21 lipca 2015

Wpis nr 3

To już przeszłość, ale może wam o tym opowiem. Wampiry zostały unicestwione, ale zostawiły po sobie swoje imperia. Większość z nas prowadziło swoje mniej lub bardziej legalne interesy. Od handlu narkotykami do składów budowlanych. Od stręczycielstwa do prowadzenia gabinetu bioenergoterapeutycznego. Pełne spektrum, ale przecież każdy z nas był inny. Zatrudnialiśmy tysiące ludzi. Możecie nazwać mnie niepoprawną idealistką, ale nie chciałam by te wszystkie biznesy legły w gruzach. Oczywiście większość z nich była zarządzana i kontrolowana przez zaufanych ludzi. Kiedyś nazywaliśmy ich niewolnikami, ale w ostatnich dziesięcioleciach byli to po prostu "nasi ludzie". Docierałam do nich stopniowo, polecałam przejąć kontrolę nad powierzonymi im interesami i opiekować się nimi jak własnym biznesem. Byli zdezorientowani po zniknięciu swoich wampirzych panów. Potrzebowali pocieszenia. Więź pomiędzy wampirem i jego człowiekiem jest bardzo szczególna i nie sądzę, byście to tak od razu zrozumieli, pominę więc na razie ten temat. Podsumowując, musiałam przejąć kontrolę. Pokazać "naszym", że jest jeszcze ktoś, kto będzie rządził. Zlikwidować kilka interesów, które budziły we mnie obrzydzenie. Zlikwidować niepokornych, którzy nie chcieli się podporządkować.

Zajęło mi to prawie rok. Teleportowałam się z miejsca na miejsce po całym świecie. Nauczyłam się wiele o prowadzeniu biznesu. Zabiłam wielu ludzi. Teraz myślę, że to był mój sposób na odreagowanie. Rzucenie się w wir zajęć i podporządkowanie sobie innych. Wreszcie znalazło się coś, nad czym miałam kontrolę. Przez to całe zamieszanie niemalże przeoczyłam to, co działo się na moim własnym podwórku. Gryfy podrosły, zorganizowały się i zaczęły przejmować władzę. Ich naturalnym środowiskiem były klify i wysokie skały, poszukały więc dla siebie podobnych warunków. Idealne okazały się zamki w Niedzicy i Czorsztynie. Kamienne schronienia położone wysoko nad wodą, dobre miejsca na założenie gniazd. A nasze gryfy, przedwcześnie dojrzałe za sprawą magii, właśnie zaczynały myśleć o założeniu rodzin. Pamiętacie pewnie, jak wojsko próbowało je stamtąd wykurzyć? Te cwane skubańce zagroziły zniszczeniem zapory na Jeziorze Czorsztyńskim i mordowaniem wszystkich cywili jak popadnie. To prawda, lecz niecała. Poza tym gryfy magicznie uodporniły się na naszą broń i wysoką temperaturę. Możesz do takiego wystrzelać cały magazynek i nic. Wybuch tylko go wkurzy. Bomby atomowej nie próbowałam i raczej nikomu nie polecam. Wasze władze postanowiły więc olać tą sytuację na zasadzie "jakoś to będzie".

Gryfy wygodnie zagnieździły się na zamkach, zdziesiątkowały i wygnały ludność z okolicznych miejscowości. Niektórzy zdecydowali się zostać. Przysięgli gryfom wierność, za co te zagwarantowały im bezpieczeństwo i całkiem niezłe warunki życia. Wróciłam do kraju w momencie, kiedy wieści o dobrym życiu w "państwie gryfów" zaczynały się rozchodzić. Zjeżdżały się tam i osiedlali fani gryfów, ludzie marzący o życiu zgodnie z naturą, zwykłe świry i szpiedzy. Ci ostatni zresztą byli od razu demaskowani, rozszarpywani i zjadani. Cóż, gryfy były dobre w magię, a czytanie w ludzkich myślach jest proste. Wkurzyła mnie trochę ta sytuacja. Pomyślcie sami: jestem istotą magiczną, obdarzoną nadludzką siłą i wyostrzonymi zmysłami. Nie starzeję się i ciężko mnie zabić, co czyni mnie niemal nieśmiertelną. Żyję wśród ludzi i próbuję się niczym nie wyróżniać. Wraz z gronem mi podobnych pielęgnujemy poczucie własnej wyjątkowości, ale przeciętny zjadacz chleba nie miał pojęcia o naszym istnieniu. A tu nagle pojawiają się gryfy z kosmosu, zakładają własne państwo a ludzie (uczciwie należy zaznaczyć, że był to znikomy procent) dobrowolnie poddają się ich władzy. Tak, wkurzyłam się. Postanowiłam więc przyjrzeć się temu bliżej i złożyłam władcy gryfów przysięgę wierności.        

poniedziałek, 2 lutego 2015

Wpis nr 2

Teraz napiszę wam o smokach, o mnie i o wymieraniu gatunków. Zacznijmy od tego, że jestem wampirem. Wiem, że teraz część z was może potraktować mnie jak wariatkę, a nawet jeśli mi uwierzycie, to nie musicie być do mnie nastawieni pozytywnie. No bo wiecie, wampiry piją krew i zabijają ludzi. Czyli są tak samo złe jak smoki i gryfy. Cóż, nie będę się wybielać i utrzymywać, że to nieprawda. Nie zależy mi też na waszej akceptacji. Ja tylko opowiadam wam swoją historię.

A więc rozmawiałam ze smoczycą. To ta zielona, która zadomowiła się w Londynie na szczycie Tower 42. Ten czarny to samiec, na mieszkanie wybrał Paryż. To wielkie miasta, bardzo ludne, więc pożywienia im nie zabraknie. Oprócz ludzi jedzą też inne zwierzęta.

Odwiedziłam smoczycę dopiero po pojawieniu się jednorożców. Miała już wybrane lokum i zajmowała się budowaniem gniazda na dachu wieżowca. Pojawiłam się późnym wieczorem, w zapadającej ciemności. Przez chwilę stałam nieruchomo i gadzina mnie nie zauważyła. Jest piękna. Na filmach i zdjęciach sprawia już niesamowite wrażenie, ale dopiero z bliska można właściwie odczuć jej ogrom połączony z gracją i szybkością ruchu. Perfekcyjna maszyna do zabijania. W końcu zaczęłam iść w jej stronę. Zauważyła mnie i przywitała strumieniem ognia. Była mocno zdziwiona, że zdołałam się magicznie osłonić przed jej atakiem, ale zaintrygowało ją to i skłoniło do rozmowy. Jej prawdziwe imię trudno wypowiedzieć, a w naszym alfabecie brakuje liter, by je poprawnie zapisać, więc będę nazywać ją Vea. Vea opowiedziała mi skąd przybyła i dlaczego musiała to zrobić. Fascynująca historia, jednak teraz dla zachowania jasności przedstawię ją wam w pewnym skrócie. Zacznijmy od tego, że smoki, gryfy, rożce i jeszcze inne magiczne stworzonka miały gdzieś w kosmosie swoją planetę. Magia ich świata była o wiele potężniejsza od naszej, co pozwoliło na powstanie takich właśnie mitycznych stworów mogących istnieć tylko dzięki niej. Jakieś pięć wieków temu pomiędzy naszą Ziemia a ich planetą zaczęły pojawiać się przejścia. Działały tylko w jedną stronę - ciekawscy ludzie migrowali do ich świata. Portale pojawiały się w różnych miejscach i z różną częstotliwością. Trwało to około dwustu ziemskich lat, ale to wystarczyło, by w świecie smoków stworzyć całkiem sporą i różnorodną ludzką społeczność. Ten świat przesiąknięty był magią, naturalnym więc było, że ludzie również będą się nią posługiwać. Tamci czarodzieje byli naprawdę potężni i nie bali się eksperymentować. Ich zabawy z grawitacją doprowadziły jednak do nieszczęścia - planeta została wypchnięta ze swojej orbity i skierowana w stronę centralnej gwiazdy ich układu. Podążała w objęcia ich słońca najpierw powoli, niemal niezauważalnie, potem jednak nabrała znacznej prędkości. Wszyscy znający się na magii próbowali to jakoś odwrócić, niestety bezskutecznie. Armagedon był tylko kwestią czasu. 

Trzeba było jakoś uciec z umierającej planety. Przypomniano sobie o tajemniczym miejscu, z którego przybyli ludzie i spróbowano otworzyć przejście w drugą stronę. Każdy gatunek zrobił to na swój sposób. Gryfy pierwsze wzięły się do roboty i po cichu przesiąkły do naszego świata po czym, korzystając wciąż z magicznego wsparcia z domu, rozsiały swój materiał genetyczny. Jednorożce po prostu zbiorowym wysiłkiem wyrwały w ostatniej chwili dziurę w czasoprzestrzeni i przedarły się fizycznie na naszą stronę. Smoki wybrały parę młodych i zdrowych przedstawicieli - Veę i czarnego Key'a. Zostali oni poddani ciekawej magicznej terapii: zostali skarbnicą genową całego gatunku. Ich potomstwo będzie niespokrewnione i będzie mogło dowolnie się ze sobą krzyżować. Po tym smoki zebrały się i wybiły wszystkich ludzi. Usmażyły całą populację, załatwiły wszystkich, którzy byli odpowiedzialni za śmierć ich świata. Ludzkie czary ochronne okazały się bezsilne. Vea stwierdziła, że smoki może nie potrafią podnieść czegoś siłą woli, albo zamienić kamieni w diamenty, ale za to są mistrzami w tworzeniu magicznych zabezpieczeń i przełamywaniu ich. Zasugerowała, że byłaby w stanie przełamać również moją ochronę. Uprzejmie wykręciłam się od próby sił. Po wymordowaniu ludzi pozostało smokom tylko otwarcie portalu i przejście do naszego świata. Dysponowały taką mocą, że spokojnie mogły przelecieć wszystkie i zasmoczyć nam planetę. Zamiast tego jednak wykorzystały energię do czegoś innego. Pamiętacie tę falę uderzeniową? To była smocza magia, niszcząca wszystkie ziemskie stworzenia potrafiące używać magii. Ciężko jest mi dokładnie określić ilość ofiar. Nigdy nie byliśmy policzeni i skatalogowani, ale sądzę, że zginęło wtedy około czterech milionów istnień. Dzięki tej rzezi dwa smoki mogły wkroczyć do bezpiecznego, wolnego od ludzkiej magii świata i w spokoju wychowywać tu potomstwo.

Teraz zapewne spytacie o to, kim byli ci zabici oraz co ja tu jeszcze robię. Otóż po pierwsze: czarodzieje. Zwykli śmiertelnicy umiejący posługiwać się magią. Coś jak Harry Potter, tyle że bez różdżek i na trochę mniejszą skalę. Żyli w ukryciu, udawali normalnych ludzi. Nie używali magii do zmiany świata, nie tworzyli wielkich rzeczy i nie dokonywali wielkich czynów. Może powinni, może ludzkość byłaby teraz w innym miejscu. Byli raczej jak chemik spędzający całe życie w swoim laboratorium. Taka trochę sztuka dla sztuki. Po drugie mamy wampiry. Dwa gatunki. Wampiry Starszej Rasy, takie klasyczne, spalające się na słońcu. Bardzo stara, potężna rasa. Myślę, że najstarsze mogły mieć nawet dziesięć tysięcy lat, o ile udało im się dotrwać do naszych czasów. Teraz są już gatunkiem wymarłym. No i zostały jeszcze Wampiry Młodszej Rasy, czyli moi pobratymcy. My jesteśmy już bardziej przystosowani do życia wśród ludzi. Światłoodporni, nie musimy też tak często zabijać. Ponoć pierwsi z naszej rasy pojawili się siedem tysięcy lat temu, w okresie powstawania pierwszych ludzkich miast. No a teraz zostałam tylko ja. Jestem ostatnia. Mój ojciec, który dał mi krew, nie żyje. Moi przyjaciele nie żyją. Wrogowie też, ale to marne pocieszenie. Teraz pogodziłam się już trochę z tą myślą, ale na początku... Było dziwnie. Chyba można powiedzieć, że prawie wpadłam w depresję. W sumie to dobrze, że dzięki najazdowi magicznych stworzeń nie miałam czasu o tym myśleć. Chyba wiem, co teraz może chodzić wam po głowie. Oczywiście mogłabym stworzyć nowe wampiry. Przemienić ludzi, założyć swój klan. Nie być dłużej Ostatnią, stać się Pierwszą. Brzmi kusząco, ale na razie nie czuję się na siłach nawet o tym poważnie pomyśleć.

Chyba muszę jeszcze wyjaśnić jedna rzecz. Jak to się stało, że przeżyłam. Otóż miałam przyjaciółkę, wampirzycę Starszej Rasy. Jej ludzka matka była czarodziejką, odziedziczyła po niej zdolności i po przemianie stała się chyba najpotężniejszym wampirem na świecie. Do dwutysięcznych urodzin zabrakło jej tylko dziewiętnastu lat. Amanda (pod takim imieniem ją poznałam) lubiła tworzyć magiczne przedmioty. Specjalnie dla mnie skonstruowała wehikuł czasu - nie taki prawdziwy, nie mogę za jego pomocą niczego zmienić. Tworzy on bańki czasoprzestrzenne, które potem zamykają się i przestają istnieć. Ja jestem młodą wampirzycą i podróże w czasie sprawiały mi wielką frajdę. Kiedy wampiry ginęły na Ziemi, ja podróżowałam dookoła świata na pokładzie Grafa Zeppelina. Był rok 1929. 

Vea zrozumiała, że magiczne istoty na tej planecie nie były dla niej zagrożeniem. Że niepotrzebnie zamordowali miliony istnień. Próbowała mnie nawet przepraszać, jednak wtedy nie mogłam rozstać się z nią w przyjaźni.

sobota, 31 stycznia 2015

Wpis nr 1

Wszystkim nam wydawało się, że pierwsze były smoki. No bo przecież nie dało się przeoczyć tego huku, który towarzyszył otwarciu się portalu i pojawienia się dwóch olbrzymich gadów gdzieś nad Morzem Północnym pomiędzy wybrzeżami Holandii a Wielkiej Brytanii. Nie dało się również nie poczuć wywołanej tym fali uderzeniowej, która okrążyła kilka razy kulę ziemską. To było wydarzenie na miarę ataku na World Trade Center czy katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem - założę się, że każdy z was dokładnie pamięta gdzie był i co robił w tej dokładnie chwili. Każdy z was, ale nie ja. Mnie wtedy po prostu nie było, i właśnie ta nieobecność uratowała mi życie.

Ale nie chcę pisać o sobie, jeszcze nie teraz. Wróćmy więc do wydarzeń sprzed trzech lat. Przybycie smoków niewątpliwie odmieniło historię świata. Niedługo po nich w Anglii zjawiło się sto czterdzieści osiem jednorożców. Była to miła odmiana, gdyż rożce, w przeciwieństwie do smoków, nie ziały ogniem i nie zjadały ludzi. Dawały się obserwować i fotografować, z miejsca więc zostały ulubieńcami Anglików. Znajdowano im dobre pastwiska i stawiano wiaty, gdzie mogły schronić się przed złą pogodą. Zdjęcia łagodnych jednorogów i niszczycielskich smoków opanowały wszystkie media. 

Oczywiście nie możemy zapomnieć o naukowcach starających się wyjaśnić fenomen mitycznych stworzeń. Powstało wiele hipotez próbujących wyjaśnić nam dlaczego jednorożce są w stanie przesyłać ludziom telepatycznie proste myśli. Dlaczego ich sierść, grzywa i ogon są zawsze nienagannie czyste, niezależnie od warunków atmosferycznych. Dlaczego smoki latają, chociaż ich powierzchnia skrzydeł jest zbyt mała w stosunku do masy. Jak właściwie zieją ogniem. Dlaczego mówią i wydają się znać wszystkie ludzkie języki. I chyba najważniejsze pytanie - dlaczego te cholery są kuloodporne i  nie da się ich niczym zestrzelić. Ta kwestia zapewne spędzała sen z powiek wielu przywódcom politycznym i wojskowym.

Interesowałam się badaniami naukowców, ale nie potrafili oni znaleźć prawidłowej odpowiedzi, chociaż mieli ją cały czas przed oczami. Niektórzy próbowali coś nieśmiało sugerować, ale zostali wyśmiani lub uznani za idiotów. Ale ja doskonale znam tę tajemnicę. To magia. Może wam się nie podobać ta odpowiedź, możecie dalej szukać innych, bardziej naukowych wytłumaczeń, ale nie dostaniecie niczego lepszego. Możecie mi zaufać, w tej dziedzinie jestem jedynym ekspertem.

Magiczne zdolności jednorożców i smoków są spore, ale to nic w porównaniu z gryfami. Ich oficjalna historia nie jest tak spektakularna: pojawiły się w Polsce ponad pół roku po smokach i zaczęły tworzyć własny organizm państwowy. Generalnie rzecz biorąc, to nieprawda. Gryfy były tu pierwsze. To one zbadały teren i przygotowały go pod przyszłą inwazję. Nie przybyły tu w fizycznej postaci, taka manifestacja byłaby zbyt oczywista. Prześliznęły się do naszego świata w czysto duchowej postaci. Około dwustu gryfich dusz, konkretnej liczby nie udało się ustalić nawet mnie. Gryfie dusze zajęły się opętywaniem ciał młodych mężczyzn. Mężczyźni natomiast zajęli się poszukiwaniem młodych kobiet i płodzeniem potomków. Zaskoczone kobiety rodziły już po trzech miesiącach. Jak się już być może domyślacie, rodziły wielkie gryfie jajo i  były zmuszane przez swojego opętanego partnera do wysiedzenia go. Po wykluciu się małego gryfiątka ludzkie matki nie były więcej potrzebne i służyły jako pierwszy posiłek pisklaka. Pod opieką ojca i przy udziale olbrzymich ilości gryfiej magii rosły bardzo szybko. Tak szybko, że osiągnięcie dojrzałości zajęło im zamiast trzech lat tylko dziesięć miesięcy. Wtedy też ujawniły się, od razu jako dobrze zorganizowana społeczność. 

Mogę tylko powiedzieć, że do tej pory nie rozumiem, jak udało nam się tego nie zauważyć. Gryfy zużyły nieprawdopodobną ilość mocy, by móc spłodzić swoje dzieci i przyspieszyć ich dorastanie. Ich magia jest inna, obca, ale mimo wszystko powinniśmy byli ją wyczuć. Wtedy zapewne wszystko potoczyłoby się inaczej.

Ale czasu nie da się cofnąć, musimy więc żyć w takim świecie. A ja mimo wszystko potrzebuję trochę snu, więc na dziś już kończę.  Mogliście nie uwierzyć w moje rewelacje, macie do tego prawo. Dalszy ciąg tej historii może być jeszcze bardziej nieprawdopodobny. Ale taka jest prawda i przed nią nie uciekniecie.