poniedziałek, 2 lutego 2015

Wpis nr 2

Teraz napiszę wam o smokach, o mnie i o wymieraniu gatunków. Zacznijmy od tego, że jestem wampirem. Wiem, że teraz część z was może potraktować mnie jak wariatkę, a nawet jeśli mi uwierzycie, to nie musicie być do mnie nastawieni pozytywnie. No bo wiecie, wampiry piją krew i zabijają ludzi. Czyli są tak samo złe jak smoki i gryfy. Cóż, nie będę się wybielać i utrzymywać, że to nieprawda. Nie zależy mi też na waszej akceptacji. Ja tylko opowiadam wam swoją historię.

A więc rozmawiałam ze smoczycą. To ta zielona, która zadomowiła się w Londynie na szczycie Tower 42. Ten czarny to samiec, na mieszkanie wybrał Paryż. To wielkie miasta, bardzo ludne, więc pożywienia im nie zabraknie. Oprócz ludzi jedzą też inne zwierzęta.

Odwiedziłam smoczycę dopiero po pojawieniu się jednorożców. Miała już wybrane lokum i zajmowała się budowaniem gniazda na dachu wieżowca. Pojawiłam się późnym wieczorem, w zapadającej ciemności. Przez chwilę stałam nieruchomo i gadzina mnie nie zauważyła. Jest piękna. Na filmach i zdjęciach sprawia już niesamowite wrażenie, ale dopiero z bliska można właściwie odczuć jej ogrom połączony z gracją i szybkością ruchu. Perfekcyjna maszyna do zabijania. W końcu zaczęłam iść w jej stronę. Zauważyła mnie i przywitała strumieniem ognia. Była mocno zdziwiona, że zdołałam się magicznie osłonić przed jej atakiem, ale zaintrygowało ją to i skłoniło do rozmowy. Jej prawdziwe imię trudno wypowiedzieć, a w naszym alfabecie brakuje liter, by je poprawnie zapisać, więc będę nazywać ją Vea. Vea opowiedziała mi skąd przybyła i dlaczego musiała to zrobić. Fascynująca historia, jednak teraz dla zachowania jasności przedstawię ją wam w pewnym skrócie. Zacznijmy od tego, że smoki, gryfy, rożce i jeszcze inne magiczne stworzonka miały gdzieś w kosmosie swoją planetę. Magia ich świata była o wiele potężniejsza od naszej, co pozwoliło na powstanie takich właśnie mitycznych stworów mogących istnieć tylko dzięki niej. Jakieś pięć wieków temu pomiędzy naszą Ziemia a ich planetą zaczęły pojawiać się przejścia. Działały tylko w jedną stronę - ciekawscy ludzie migrowali do ich świata. Portale pojawiały się w różnych miejscach i z różną częstotliwością. Trwało to około dwustu ziemskich lat, ale to wystarczyło, by w świecie smoków stworzyć całkiem sporą i różnorodną ludzką społeczność. Ten świat przesiąknięty był magią, naturalnym więc było, że ludzie również będą się nią posługiwać. Tamci czarodzieje byli naprawdę potężni i nie bali się eksperymentować. Ich zabawy z grawitacją doprowadziły jednak do nieszczęścia - planeta została wypchnięta ze swojej orbity i skierowana w stronę centralnej gwiazdy ich układu. Podążała w objęcia ich słońca najpierw powoli, niemal niezauważalnie, potem jednak nabrała znacznej prędkości. Wszyscy znający się na magii próbowali to jakoś odwrócić, niestety bezskutecznie. Armagedon był tylko kwestią czasu. 

Trzeba było jakoś uciec z umierającej planety. Przypomniano sobie o tajemniczym miejscu, z którego przybyli ludzie i spróbowano otworzyć przejście w drugą stronę. Każdy gatunek zrobił to na swój sposób. Gryfy pierwsze wzięły się do roboty i po cichu przesiąkły do naszego świata po czym, korzystając wciąż z magicznego wsparcia z domu, rozsiały swój materiał genetyczny. Jednorożce po prostu zbiorowym wysiłkiem wyrwały w ostatniej chwili dziurę w czasoprzestrzeni i przedarły się fizycznie na naszą stronę. Smoki wybrały parę młodych i zdrowych przedstawicieli - Veę i czarnego Key'a. Zostali oni poddani ciekawej magicznej terapii: zostali skarbnicą genową całego gatunku. Ich potomstwo będzie niespokrewnione i będzie mogło dowolnie się ze sobą krzyżować. Po tym smoki zebrały się i wybiły wszystkich ludzi. Usmażyły całą populację, załatwiły wszystkich, którzy byli odpowiedzialni za śmierć ich świata. Ludzkie czary ochronne okazały się bezsilne. Vea stwierdziła, że smoki może nie potrafią podnieść czegoś siłą woli, albo zamienić kamieni w diamenty, ale za to są mistrzami w tworzeniu magicznych zabezpieczeń i przełamywaniu ich. Zasugerowała, że byłaby w stanie przełamać również moją ochronę. Uprzejmie wykręciłam się od próby sił. Po wymordowaniu ludzi pozostało smokom tylko otwarcie portalu i przejście do naszego świata. Dysponowały taką mocą, że spokojnie mogły przelecieć wszystkie i zasmoczyć nam planetę. Zamiast tego jednak wykorzystały energię do czegoś innego. Pamiętacie tę falę uderzeniową? To była smocza magia, niszcząca wszystkie ziemskie stworzenia potrafiące używać magii. Ciężko jest mi dokładnie określić ilość ofiar. Nigdy nie byliśmy policzeni i skatalogowani, ale sądzę, że zginęło wtedy około czterech milionów istnień. Dzięki tej rzezi dwa smoki mogły wkroczyć do bezpiecznego, wolnego od ludzkiej magii świata i w spokoju wychowywać tu potomstwo.

Teraz zapewne spytacie o to, kim byli ci zabici oraz co ja tu jeszcze robię. Otóż po pierwsze: czarodzieje. Zwykli śmiertelnicy umiejący posługiwać się magią. Coś jak Harry Potter, tyle że bez różdżek i na trochę mniejszą skalę. Żyli w ukryciu, udawali normalnych ludzi. Nie używali magii do zmiany świata, nie tworzyli wielkich rzeczy i nie dokonywali wielkich czynów. Może powinni, może ludzkość byłaby teraz w innym miejscu. Byli raczej jak chemik spędzający całe życie w swoim laboratorium. Taka trochę sztuka dla sztuki. Po drugie mamy wampiry. Dwa gatunki. Wampiry Starszej Rasy, takie klasyczne, spalające się na słońcu. Bardzo stara, potężna rasa. Myślę, że najstarsze mogły mieć nawet dziesięć tysięcy lat, o ile udało im się dotrwać do naszych czasów. Teraz są już gatunkiem wymarłym. No i zostały jeszcze Wampiry Młodszej Rasy, czyli moi pobratymcy. My jesteśmy już bardziej przystosowani do życia wśród ludzi. Światłoodporni, nie musimy też tak często zabijać. Ponoć pierwsi z naszej rasy pojawili się siedem tysięcy lat temu, w okresie powstawania pierwszych ludzkich miast. No a teraz zostałam tylko ja. Jestem ostatnia. Mój ojciec, który dał mi krew, nie żyje. Moi przyjaciele nie żyją. Wrogowie też, ale to marne pocieszenie. Teraz pogodziłam się już trochę z tą myślą, ale na początku... Było dziwnie. Chyba można powiedzieć, że prawie wpadłam w depresję. W sumie to dobrze, że dzięki najazdowi magicznych stworzeń nie miałam czasu o tym myśleć. Chyba wiem, co teraz może chodzić wam po głowie. Oczywiście mogłabym stworzyć nowe wampiry. Przemienić ludzi, założyć swój klan. Nie być dłużej Ostatnią, stać się Pierwszą. Brzmi kusząco, ale na razie nie czuję się na siłach nawet o tym poważnie pomyśleć.

Chyba muszę jeszcze wyjaśnić jedna rzecz. Jak to się stało, że przeżyłam. Otóż miałam przyjaciółkę, wampirzycę Starszej Rasy. Jej ludzka matka była czarodziejką, odziedziczyła po niej zdolności i po przemianie stała się chyba najpotężniejszym wampirem na świecie. Do dwutysięcznych urodzin zabrakło jej tylko dziewiętnastu lat. Amanda (pod takim imieniem ją poznałam) lubiła tworzyć magiczne przedmioty. Specjalnie dla mnie skonstruowała wehikuł czasu - nie taki prawdziwy, nie mogę za jego pomocą niczego zmienić. Tworzy on bańki czasoprzestrzenne, które potem zamykają się i przestają istnieć. Ja jestem młodą wampirzycą i podróże w czasie sprawiały mi wielką frajdę. Kiedy wampiry ginęły na Ziemi, ja podróżowałam dookoła świata na pokładzie Grafa Zeppelina. Był rok 1929. 

Vea zrozumiała, że magiczne istoty na tej planecie nie były dla niej zagrożeniem. Że niepotrzebnie zamordowali miliony istnień. Próbowała mnie nawet przepraszać, jednak wtedy nie mogłam rozstać się z nią w przyjaźni.

sobota, 31 stycznia 2015

Wpis nr 1

Wszystkim nam wydawało się, że pierwsze były smoki. No bo przecież nie dało się przeoczyć tego huku, który towarzyszył otwarciu się portalu i pojawienia się dwóch olbrzymich gadów gdzieś nad Morzem Północnym pomiędzy wybrzeżami Holandii a Wielkiej Brytanii. Nie dało się również nie poczuć wywołanej tym fali uderzeniowej, która okrążyła kilka razy kulę ziemską. To było wydarzenie na miarę ataku na World Trade Center czy katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem - założę się, że każdy z was dokładnie pamięta gdzie był i co robił w tej dokładnie chwili. Każdy z was, ale nie ja. Mnie wtedy po prostu nie było, i właśnie ta nieobecność uratowała mi życie.

Ale nie chcę pisać o sobie, jeszcze nie teraz. Wróćmy więc do wydarzeń sprzed trzech lat. Przybycie smoków niewątpliwie odmieniło historię świata. Niedługo po nich w Anglii zjawiło się sto czterdzieści osiem jednorożców. Była to miła odmiana, gdyż rożce, w przeciwieństwie do smoków, nie ziały ogniem i nie zjadały ludzi. Dawały się obserwować i fotografować, z miejsca więc zostały ulubieńcami Anglików. Znajdowano im dobre pastwiska i stawiano wiaty, gdzie mogły schronić się przed złą pogodą. Zdjęcia łagodnych jednorogów i niszczycielskich smoków opanowały wszystkie media. 

Oczywiście nie możemy zapomnieć o naukowcach starających się wyjaśnić fenomen mitycznych stworzeń. Powstało wiele hipotez próbujących wyjaśnić nam dlaczego jednorożce są w stanie przesyłać ludziom telepatycznie proste myśli. Dlaczego ich sierść, grzywa i ogon są zawsze nienagannie czyste, niezależnie od warunków atmosferycznych. Dlaczego smoki latają, chociaż ich powierzchnia skrzydeł jest zbyt mała w stosunku do masy. Jak właściwie zieją ogniem. Dlaczego mówią i wydają się znać wszystkie ludzkie języki. I chyba najważniejsze pytanie - dlaczego te cholery są kuloodporne i  nie da się ich niczym zestrzelić. Ta kwestia zapewne spędzała sen z powiek wielu przywódcom politycznym i wojskowym.

Interesowałam się badaniami naukowców, ale nie potrafili oni znaleźć prawidłowej odpowiedzi, chociaż mieli ją cały czas przed oczami. Niektórzy próbowali coś nieśmiało sugerować, ale zostali wyśmiani lub uznani za idiotów. Ale ja doskonale znam tę tajemnicę. To magia. Może wam się nie podobać ta odpowiedź, możecie dalej szukać innych, bardziej naukowych wytłumaczeń, ale nie dostaniecie niczego lepszego. Możecie mi zaufać, w tej dziedzinie jestem jedynym ekspertem.

Magiczne zdolności jednorożców i smoków są spore, ale to nic w porównaniu z gryfami. Ich oficjalna historia nie jest tak spektakularna: pojawiły się w Polsce ponad pół roku po smokach i zaczęły tworzyć własny organizm państwowy. Generalnie rzecz biorąc, to nieprawda. Gryfy były tu pierwsze. To one zbadały teren i przygotowały go pod przyszłą inwazję. Nie przybyły tu w fizycznej postaci, taka manifestacja byłaby zbyt oczywista. Prześliznęły się do naszego świata w czysto duchowej postaci. Około dwustu gryfich dusz, konkretnej liczby nie udało się ustalić nawet mnie. Gryfie dusze zajęły się opętywaniem ciał młodych mężczyzn. Mężczyźni natomiast zajęli się poszukiwaniem młodych kobiet i płodzeniem potomków. Zaskoczone kobiety rodziły już po trzech miesiącach. Jak się już być może domyślacie, rodziły wielkie gryfie jajo i  były zmuszane przez swojego opętanego partnera do wysiedzenia go. Po wykluciu się małego gryfiątka ludzkie matki nie były więcej potrzebne i służyły jako pierwszy posiłek pisklaka. Pod opieką ojca i przy udziale olbrzymich ilości gryfiej magii rosły bardzo szybko. Tak szybko, że osiągnięcie dojrzałości zajęło im zamiast trzech lat tylko dziesięć miesięcy. Wtedy też ujawniły się, od razu jako dobrze zorganizowana społeczność. 

Mogę tylko powiedzieć, że do tej pory nie rozumiem, jak udało nam się tego nie zauważyć. Gryfy zużyły nieprawdopodobną ilość mocy, by móc spłodzić swoje dzieci i przyspieszyć ich dorastanie. Ich magia jest inna, obca, ale mimo wszystko powinniśmy byli ją wyczuć. Wtedy zapewne wszystko potoczyłoby się inaczej.

Ale czasu nie da się cofnąć, musimy więc żyć w takim świecie. A ja mimo wszystko potrzebuję trochę snu, więc na dziś już kończę.  Mogliście nie uwierzyć w moje rewelacje, macie do tego prawo. Dalszy ciąg tej historii może być jeszcze bardziej nieprawdopodobny. Ale taka jest prawda i przed nią nie uciekniecie.