poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Wpis nr 12

Magowie nie pozwalali nam ingerować w ludzką politykę w jakikolwiek sposób. Politycy dla nas nie istnieli - nie robiło się z nimi interesów, nie pożywiało się nimi, nawet przebywanie w jednym pomieszczeniu mogło zostać źle odebrane. Ciężko znosiliśmy ograniczenia, ale to był jeden z warunków rozejmu między nami a magami, który zakończył długą epokę krwawych wojen, a obowiązywał już prawie trzysta lat. Do tej pory myślałam, że zakaz ten ustanowiono tylko dlatego, żeby uniemożliwić nam zdobycie nadmiernych wpływów, ale teraz wydaje mi się, że to nie do końca prawda. Po prostu każdy szanujący się wampir po spotkaniu z przeciętnym ludzkim politykiem miałby ochotę tylko na jedno: urwać takiemu łeb i dobrze się upewnić, że skurwysyn nie żyje, bo to, ile te szuje mają na sumieniu, przechodzi wampirze pojęcie. I to niby my byliśmy tymi złymi...

Tak, pamiętacie tę dziwną serię zgonów na najwyższych szczeblach władzy sprzed kilku tygodni? To byłam ja. Co prawda urwałam łeb tylko jednego, potem szkoda było marnować krew. Miałam pomysł, wyjątkowo głupi jak się okazało: chciałam podzielić się informacjami o gryfach z rządem. Dało się z nimi skutecznie walczyć, dla zwykłych ludzi było to trudne, ale nie niemożliwe. Nie łudziłam się, że siłom rządowym uda się odbić zajęte przez nie terytorium, za dobrze go chroniły. Jednak powstrzymanie pojedynczych gryfów od zjadania mieszkańców sąsiednich miejscowości było jak najbardziej w zasięgu. Mam wyrobiony pewien nawyk: zawsze przed zrobieniem interesów z człowiekiem szybko sprawdzam jego umysł, czy aby na pewno warto z nim współpracować; tak też postąpiłam z premierem. To, co tam zobaczyłam... Nie będę tego opisywać, nie chcę się znów denerwować. Sami wiecie, że premier i tych czterech innych już nie żyją. Przyznaję, przy generale trochę mnie poniosło, w porównaniu z tamtymi być może nie zasłużył na śmierć. Cóż, wtedy nie miałam wątpliwości.

I tak upadł mój pomysł współpracy z ludźmi. Przez kilka dni byłam wściekła, musiałam wyładować się w Meksyku. Meksyk to takie magiczne miejsce, wykończysz tam jeden gang, a po paru tygodniach na jego miejsce pojawiają się dwa następne. Lubiłam też polować na kłusowników w Azji i w Afryce, ale to była wyrafinowana rozrywka, wymagająca tropienia śladów w dżungli albo na sawannie, bezszelestnych podchodów i ataków w środku nocy. W Meksyku było inaczej. Wystarczy wejść do cieszącej się złą sławą dzielnicy dowolnego miasta, poczekać, aż ktoś będzie chciał cię okraść albo napaść, ewentualnie sprzedać prochy. Potem czyta się takiego delikwenta, szuka miejsca pobytu jego mocodawcy - zawsze jest ktoś ponad takim zwykłym leszczem z ulicy - idzie się tam i robi rozwałkę. Potem czynność można powtórzyć, nawet kilka razy, bo zwykle jeszcze jest szef szefa, i jeszcze jakiś szef. Dużo krwi, dużo frajdy, a i okolicznej policji nagle poprawiają się statystyki... Chociaż ostatnio jakby tych wielkich szefów brakowało, moja działalność zaczęła widocznie przynosić długofalowe skutki. Tak więc pobawiłam się trochę w Meksyku, ochłonęłam, i przeniosłam się do absurdalnie uroczej chatki nad kanadyjskim jeziorem, cudownej miejscówki, w której mogłam na spokojnie wymyślić coś mądrzejszego.

Poprzedni właściciel tej chatki miał świetny gust. Drewno, kominek z otoczaków, miękkie kanapy, ciepłe koce. Wszystko idealnie do siebie pasowało, jak w magazynie wnętrzarskim. Porządku pilnowała tu trójka ludzi, którzy bardzo tęsknili za swoim panem. Widziałam, że bardzo ucieszyli się z mojego przybycia, ale żeby mogła wytworzyć się między nami prawdziwa więź, musiałabym tu zostać na długie miesiące. Ich właściciel już do nich nie wróci, smoki skutecznie o to zadbały. Właśnie, smoki były na tyle silne, by stanowić przeciwwagę dla gryfów... Ale raczej nie zechcą wchodzić z nimi w otwarty konflikt, w końcu pochodzą z tego samego świata i przybyły tu razem. Ba, może nawet nie powinnam zadzierać z gryfami, bo te poskarżą się smokom i wspólnie zetrą mnie z powierzchni Ziemi. Zresztą kogo ja tu chcę oszukiwać, do tego wystarczyłby jeden porządnie uzdolniony gryf, który wiedziałby, jak się za to zabrać.   

Wyszłam na taras, usiadłam na drewnianych schodkach i wpatrywałam się w ciągle zamarznięte jezioro. Wymyśliłam plan, który miał szanse powodzenia, niepozbawiony ryzyka, ale co mi tam. Najwyżej mnie zabiją i przynajmniej przestanę czuć się jak relikt przeszłości.

poniedziałek, 2 września 2019

Wpis nr 11

Koniec marca, wczesna wiosna. Łąki zaczęły się zazieleniać, króliki mnożyć, a Wielkanoc zbliżała się wielkimi krokami. Miałam sporo zajęć, nawet znalazła się papierkowa robota. Gryfy potrafiły zorganizować ludziom (i jednej głęboko zakonspirowanej wampirzycy) zajęcie. Oczywiście moje obowiązki obejmowały również włóczenie się po polach i zbieranie zielska, więc dalej wypatrywałam potencjalnej ofiary. Już wcześniej zaczęłam nosić sztylet przy pasku, żeby ludzie oswoili się z jego widokiem i nikt nagle nie wyskoczył z niczym głupim. "Hej, skąd masz taki wielki nóż?" - takie pytanie rzucone przy gryfim strażniku mogło ściągnąć niepotrzebne podejrzenia. A na początku owszem, pytali.

Zauważyłam go kątem oka. Brązowe pióra, nieco jaśniejsza sierść, ale i tak był dość ciemny jak na standardy swojego gatunku. Kojarzyłam go z widzenia, ale nie wiedziałam jak ma na imię. Był zwykłym strażnikiem bez wielkiej mocy magicznej. Leciał na zachód w stronę Nowego Targu. Na szczęście byłam po właściwej stronie jeziora, jeszcze mogłam go dogonić. Porzuciłam worek z zieleniną i wbiegłam do lasu. Między drzewami rozwinęłam właściwą wampirzą prędkość. Musiałam uważać, bo koniec lasu był jednocześnie granicą, a tam mogłam natknąć się na patrole. Gryfy mogły swobodnie wylatywać ze swojego terytorium, ludzie nie mogli go opuszczać - chyba, że mieli pozwolenie. Gryf nadal tam był, co jakiś czas widziałam kawałek jego sylwetki pomiędzy koronami iglastych drzew.

Granica oczywiście była wzmocniona magicznie. W tym miejscu biegła wzdłuż małego strumyka,  ale przed brzegiem gryfy kazały wykarczować trochę lasu i stworzyć wygodną drogę dla patroli. Wyszłam na nią rozglądając się we wszystkie strony. Miałam szczęście, w pobliżu nikogo nie było. Słabo bo słabo, ale jednak czułam gryfie czary nad strumykiem, więc nie ryzykowałam i teleportowałam się kilkadziesiąt metrów za nim. Gryf, wbrew moim wcześniejszym przypuszczeniom, skręcił trochę na południe, jakby chciał lecieć do Zakopanego. Może w Nowym Targu znów było dużo wojska? Słyszałam wiele opowieści gryfów chwalących się drażnieniem ludzkich żołnierzy, chociaż Szara Skała tego nie pochwalał, przynajmniej nie oficjalnie. Jeśli ten gryf chciał sobie zjeść człowieka na spokojnie, to raczej będzie szukał mało uczęszczanej miejscówki.

Minęliśmy drugi, mniejszy lasek, i wtedy zaczęłam zmniejszać dystans. Może byliśmy jeszcze trochę za blisko, ale trudno, zobaczy mnie to będziemy walczyć. Gryf jednak leciał dalej nie oglądając się za siebie. Przebiegłam obok kilku skał wystających z ziemi, potem znów był strumień i jakieś drzewa. Za nimi zauważyłam zabudowania. Podobno sporo osób wyniosło się z okolicy, ale zawsze znajdą się tacy, którzy chcą zostać, nieważne jakby nie było niebezpiecznie. No i jeszcze byli turyści, którzy teraz przyjeżdżali tu nie tylko dla pięknych górskich widoków, lecz również dla ekstremalnych wrażeń obejmujących podglądanie gryfów przez lornetkę. Więc w owych domach mógł ktoś mieszkać, a ja nie chciałam mieć widowni.
- Ej frajerze! - krzyknęłam. - Szukasz jakiejś ofiary?
Zgodnie z przewidywaniami gryf zawrócił i opadł na ziemię kilka metrów przede mną. Był duży i na pewno silny. Dziób i pazury wzbudzały respekt, spokojnie mógł nimi rozerwać na kawałki krowę.
- Ja też szukam ofiary i stwierdziłam, że się nadasz - uśmiechnęłam się. Kły miałam już częściowo wysunięte, ale chyba ich nie zauważył.
- Co ty tu robisz? Jak przeszłaś przez granicę? - pytał gniewnym tonem. Więc rozpoznał we mnie poddaną gryfiego władcy, był zły na moje nieposłuszeństwo i zdziwiony jednocześnie. Jeszcze bardziej zdziwił się, gdy wyciągnęłam sztylet.

Bo wiecie, ja nie za bardzo umiem walczyć wręcz. To znaczy wiadomo, zabijam ludzi, mam ten instynkt. Z ludźmi jest łatwo, nie jesteście specjalnie groźni. Walka ze stworzeniem magicznie uzdolnionym to zupełnie co innego niż zwykłe pranie się po ryjach. Oczywiście ostatecznie wszystko sprowadzało się do dźgnięcia przeciwnika ostrym końcem, ale zanim do tego doszło trzeba przełamać blokadę i dostać się prosto do jego myśli. Nie dało się zabić maga, który miał pełną kontrolę nad swoimi czarami. Ciężko było zabić wampira, który mógł się poruszać. Nasze pojedynki wyglądały zwykle jak powolna wymiana ciosów, po której jeden z uczestników padał bez czucia na ziemię, a ten drugi wykonywał egzekucję. Wygrałam dwa takie starcia, przy czym za pierwszym razem miałam więcej szczęścia niż rozumu, a za drugim przeciwnik był żałośnie słaby. Ale bójka z czymś, co zapewne dorównuje mi siłą fizyczną, a na dodatek może skutecznie zablokować magiczny atak, nie była prostą sprawą.

Postanowiłam więc zaatakować pierwsza i po prostu rzuciłam się na gryfa. Zareagował szybko, przysiadł na tylnych łapach, przednie podniósł i wystawił pazury. Nie złapałam się w tę oczywistą pułapkę, minęłam go z lewej strony jednocześnie ciągnąc za skrzydło. Nie chciałam, żeby odleciał. Udało się, bo gryf wydał z siebie dziki syk, spróbował ruszyć skrzydłem, które zwisało bezwładnie.
- Zabiję cię! - krzyknął.
Wypuściłam z dłoni te kilka piór, które wcześniej mu wyrwałam i kontynuowałam atak. Nie chciałam wdawać się w niepotrzebną gadaninę. Wyznawałam starą westernową zasadę "When you have to shoot, shoot. Don't talk". Tym razem spróbowałam dźgnąć go w tylną łapę, ruszał się jednak naprawdę szybko. Ostrze ześliznęło się, ale pojawiła się krew. Rana nie była tak głęboka, jakbym sobie tego życzyła, niemniej moja teoria została potwierdzona.

Nagle poczułam ogarniające mnie spowolnienie, zupełnie jakby ktoś włączył nagrywanie w slow-motion. Czyli mój przeciwnik zdecydował się użyć magii. Musiałam przymknąć oczy, skoncentrować się i odepchnąć ogarniającą mnie senność. Przez chwilę ścieraliśmy się mentalnie. Gryf wycofał się pierwszy jednocześnie wbijając mi pazury w bok.

Bolało, i to bardzo, a ja nie lubię bólu. Nikt nie byłby zadowolony z kilkucentymetrowych szponów tkwiących mu w żebrach. Na szczęście takie rany nie były groźne, mogły mnie jedynie zdekoncentrować. Nie straciłam koncentracji, nie skupiłam się na bólu, chociaż smród własnej krwi i tak mnie drażnił. Dzięki temu udało mi się zablokować drugą łapę gryfa, który już się na mnie zamierzał. Sztylet wbity w sam jej środek skutecznie ostudził jego zapał. Skrzeknął przeraźliwie; mogłabym przysiąc, że było to jakieś gryfie przekleństwo.

Ale został jeszcze dziób. Przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Nie wiem, co wyczytał w moich oczach, ale ja w jego żółtym ślepiu widziałam wściekłość i determinację kogoś, kto za chwilę oderwie ci głowę. Oczywiście nie zamierzałam do tego dopuścić. Koniec przepychanek, teraz trzeba użyć prawdziwej magii.

Zdecydowanie wdarłam się do jego umysłu. Stawił opór, ale za słaby. Przejęłam kontrolę nad gryfem  zanim jego dziób mnie dosięgnął. Teraz szybko: łeb uniósł mu się do góry, przednie łapy rozsunęły na boki. Zrobiłam to trochę zbyt gwałtownie, bo gryfie szpony wciąż tkwiły w moim boku. Cóż, powiększyłam sobie ranę, ale to nic, już zaczynała się goić. Za parę minut nie będzie po niej śladu. Unieruchomiłam go nie pozbawiając przytomności. Chciałam, żeby pozostał świadomy. Gryf próbował mi coś przekazać, ale specjalnie go zablokowałam. Nie będę z nim gadać, nie dam mu sposobności do wezwania pomocy. Na pewno żałował, że nie zrobił tego wcześniej. Ale tak to już jest, kiedy przeciwnik okazuje się silniejszy, niż myślałeś na początku, ale duma nie pozwala ci uciec, kiedy jeszcze nie jest za późno. A może to mi zrobiłoby mi się go żal... Nieważne.

Wzięłam sztylet. Wysunął się z łapy gryfa z dziwnym plaśnięciem. Musiałam przebić tętnicę, bo krew prysnęła obficie. Oblizałam ostrze i ręce. Mój pokonany przeciwnik, nadal sparaliżowany, przewrócił się na bok i tylko patrzył złowrogo. Co dziwne, nie bał się - sprawdziłam to. Był wściekły i najchętniej rozerwałby mnie na strzępy. Odkąd skosztowałam krwi, wyczuwałam go o wiele lepiej. Wcześniej przypuszczałam, że gryfia krew jest podobna do ludzkiej, i nie myliłam się, smak był podobny. Uklękłam nad powalonym wrogiem. Ciężko byłoby go ugryźć, te pióra porastały całą szyję. Krew tam była, słyszałam jej pulsowanie, czułam ciepło bijące od tego ciała. Wszystko to działało na mnie... hm, cóż, mocno. Na chwilę straciłam koncentrację i od razu umysł gryfa naparł na mój. Odepchnęłam go. Trzeba to zakończyć. Wbiłam sztylet w jego tętnicę szyjną, dwukrotnie, raz koło razu. Jaskrawoczerwona posoka dosłownie mnie zalała. Piłam ją, aż serce przestało bić.

To było intensywne przeżycie. Czułam się podekscytowana po wygranej walce, podekscytowana zabijaniem, a krew gryfa jeszcze to podkręciła. Płynęła we mnie moc, jakbym zabiła i wyssała kilku ludzi na raz. Widocznie gryfy były bardziej... kaloryczne? Chyba mogę to tak nazwać. Jednym ruchem zamieniłam całą swoją krew w wodę. Wreszcie przestało śmierdzieć i tylko porwane ubrania przypominały mi o tym, że dałam się zranić. Co za wstyd... Postąpiłam według Prawa Krwi i zabiłam napastnika, ale inne wampiry i tak by się ze mnie śmiały. No tak, nie było już innych wampirów, już smoki się o to postarały. Przestałam przejmować się dziurami. Wyrwałam mojej ofierze kilka piór z tego drugiego, nie uszkodzonego skrzydła, i teleportowałam się do domu.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Wpis nr 10

Pierwsza próba upolowania gryfa zakończyła się więc niepowodzeniem. Nie zrażałam się jednak i wypatrywałam innej okazji. Nie nadeszła ona szybko, ale za to przytrafiło się coś, co potwierdziło moje domysły na ich temat. Te cholery krwawiły, więc jakoś da się je zamordować.

To był słoneczny dzień, ciepły jak na początek lutego, ale za to bardzo wietrzny. Przeprawiałam się właśnie łódką przez jezioro z Niedzicy na gryfią stronę, władca wezwał mnie, by osobiście wydać rozkazy dotyczące moich obowiązków związanych z księdzem. Dla prawdziwego obywatela Państwa Gryfów byłby to duży zaszczyt. A ja, cóż, myślałam tylko o tym, czy moja aura jest wystarczająco dobrze ukryta i czy nie "wystaje" spod narzuconej na wierzch ludzkiej osobowości. W powietrzu śmigało stadko młodych gryfiatek z ubiegłorocznego lęgu. Jak to dzieciaki, ganiały się i piszczały, urządzały wyścigi od zamku do zamku, albo próbowały łowić ryby, które nieostrożnie podpływały do powierzchni rozmarzniętego jeziora. Ich podekscytowane głosy niosły się po całej okolicy. Małe gryfy były szybkie i zwinne, ale tego dnia wiatr wiał naprawdę mocno. Nie widziałam dokładnie tego zdarzenia, słońce raziło mnie w oczy i wolałam nie patrzeć w górę, jednakże nie sposób było przeoczyć zamieszania, które po nim nastąpiło. Jedno z gryfiatek zostało ciśnięte nagłym podmuchem o kwadratową wieżę czorsztyńskiego zamku i z przeraźliwym wrzaskiem spadło kilkanaście metrów niżej. Powietrze od razu zaroiło się od strażników próbujących pomóc młodemu. Kiedy wreszcie dotarłam do zamku, mijałam poszkodowanego dzieciaka, którego ułożono tuż pod główną bramą. Matka dawała mu właśnie ochrzan stulecia, ale w jej oczach widać było troskę. Wezwany z zamku mag zajmował się jego strzaskanym skrzydłem. Skrzydłem, które wręcz lepiło się od krwi - widocznie młody miał złamanie otwarte. Próbowałam się nie gapić i poszłam za  prowadzącym mnie strażnikiem ze spuszczoną głową, ale dobrze zapamiętałam zapach tej krwi. To był bogaty, smakowity aromat pełen życia i energii, czyli dokładnie taki, jak u ludzi. Pod tym względem nie różnicie się zbytnio od siebie - spokojnie możecie zostać moją kolacją.

Tak więc dało się zranić gryfa. Ale jak dokładnie? Przecież wojsko do nich strzelało i nic. Czy była to kwestia wieku? Młode są podatne na ataki, starsze osobniki już nie... Raczej nie, gdyby młode dało się łatwo zabić, rodzice nie dawaliby im aż takiej swobody. Przecież widziałam niewyrośnięte gryfiątka latające wzdłuż granic i prowokujące ludzkich strażników. To na pewno był jakiś rodzaj magii. Ale przecież nie wszystkie gryfy były magicznie uzdolnione. Owszem, to była potężna rasa i obstawiałam, że ponad połowa coś umie, co najmniej połowa z tych obdarzonych mocami jest na moim poziomie. No i tych kilkunastu najlepszych, z którymi bałabym się zadrzeć, a i ludzcy magowie mogliby mieć z nimi problem - oczywiście gdyby żyli. Wyglądało na to, że to właśnie ci najpotężniejsi rzucali jakieś zaklęcie ochronne na wszystkich, ale nie działało ono idealnie. Teraz tylko powinnam wymyślić, jak je przełamać, i problem z głowy.

Wieczorem moi współlokatorzy zauważyli, że jestem jakaś nieobecna. Wyjaśniłam im, że stresuję się po spotkaniu z władcą. Pocieszali mnie i zaproponowali wspólne wyjście na kolację, a ja zgodziłam się i skupiłam na teraźniejszości. To spotkanie z ludźmi, jak i każde inne zresztą, wywołało we mnie wewnętrzną wesołość. Zatłoczona karczma, zapach jedzenia, ciepło bijące od ognia w kominku, życzliwi ludzie wokół - prawie mogłam poczuć się częścią wspólnoty. Byli dla mnie tacy mili, Oliwka naprawdę jest pogodną i życzliwą osobą, a Dominik przez te parę miesięcy zyskał dużo pewności siebie. Ciekawe jak by się zachowywali, gdyby dowiedzieli się, kim jestem... Ech, znowu zaczynam się wywyższać. Że jestem sprawniejsza od was i znam magię? Że cholernie ciężko wam mnie zamordować, więc prawdopodobnie będę żyć bardzo długo? Takie tam drobiazgi, kto by zwracał na nie uwagę. Jednak czułam się tu obco, nie do końca na miejscu. Powinnam już wrócić do własnego życia, ale wciąż mam tu misję do wypełnienia.

Późnym wieczorem leżałam w łóżku i czekałam, aż Oliwia i Dominik zasną. Słyszałam jak dziewczyna coś sobie cicho śpiewa, głos miała całkiem niezły. I wtedy mnie olśniło. Jak ja załatwiłabym kwestię kuloodporności? Oczywiście tarcza, ale nie mogłaby być aktywna stale, bo to wymagałoby sporo mocy i musiałabym polować kilka razy dziennie. Ale jakby zaklęcie było uśpione i aktywowało się tylko w sytuacji zagrożenia? To miało dużo sensu. Stale włączona tarcza nie pozwoliłaby na to, żeby cokolwiek mnie dotknęło, a to mogło być kłopotliwe w codziennym życiu. Trzeba byłoby ustawić magię tak, żeby nie przepuszczała kul. I pocisków rakietowych. I fali uderzeniowej, czyli generalnie niczego, co porusza się z dużą prędkością. Ja bym tak zrobiła, a gryfy na pewno nie były głupsze. Przecież zdążyły poznać nasz świat i wiedziały, że ludzie będą do nich strzelać, a nie gonić z widłami. Jeśli moja hipoteza jest poprawna, powinien wystarczyć sztylet i trochę szczęścia.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Wpis nr 9

Styczniowe dni były mroźne i wypełnione pracą. Nowe obowiązki zajmowały mi większość krótkich popołudni i długich wieczorów, ale znajdowałam też czas na dalszą obserwację gryfów. Czasem latały poza swoje terytorium aby zapolować na ludzi i poczuć dreszczyk emocji - o jak dobrze to rozumiałam. W małych grupach, parach, albo pojedynczo. Postanowiłam zaatakować takiego samotnego łowcę przy najbliższej możliwej okazji.

Kolejnej nocy wzięłam z domu sztylet. Jeśli tych cholernych gryfów nie da się zabić magią i stalą, to już nie wiem jak się za nie zabrać. Jak to mówią - jeśli krwawi, to można to zabić, i nawet ja tu nie jestem wyjątkiem. Muszę dowiedzieć się czy mają jakieś słabości. Przyznaję, ludziom nie żyje się tak źle pod ich panowaniem, ale to ja jestem szczytowym drapieżnikiem na tej planecie i nie zamierzam do końca swoich dni udawać, że nie istnieję. Posiliłam się obficiej niż zwykle i teraz trzech osłabionych stratą krwi niewolników odpoczywało na moim łóżku, a ja pobudzona krążyłam po pokoju. Magia mocno pulsowała mi w żyłach i bałam się, że to przyciągnie uwagę gryfich czarodziejów. Ech, ostatnio spędzałam tu bardzo mało czasu. Kilka sztuk ubrań, których nie miałam jeszcze okazji założyć, leżało na fotelu. Kiedy udawałam Patrycję, ubierałam się bardziej w jej stylu, który mocno odbiegał od mojego.  Na stoliku obok moi ludzie kładli książki, które kazałam kupić, ale nie miałam kiedy przeczytać. Stosik zrobił się już całkiem pokaźny. Na samej górze położono nowy telefon, musiał przyjść dziś, bo wczoraj jeszcze go nie widziałam. Zamówiłam sobie najnowszy model, ale przecież na razie z niego nie skorzystam, bo u gryfów to zakazane... Ta konspiracja coraz bardziej mi ciążyła i stwierdziłam, że muszę zakończyć ją jak najszybciej, zanim zaliczę jakąś spektakularną wpadkę.

Przed teleportem do państwa gryfów rzuciło mi się w oczy urządzenie do podróży w czasie. Mały magiczny artefakt stworzony - o dziwo - z szarego plastiku, przypominał nieco pilota do telewizora z niewielkim ekranem. Od czasu katastrofy nie użyłam go ani razu.

Pierwsza okazja nadarzyła się cztery dni później. Miałam dyżur przy pracach porządkowych i w towarzystwie kilku innych osób sprawdzałam okolice dwóch rzek wpadających do Jeziora Czorsztyńskiego. Szukaliśmy śmieci, które woda mogła przynieść z okolic zamieszkanych przez ludzi. Gryfy były dość mocno wyczulone na punkcie zanieczyszczeń, więc robiliśmy takie obchody regularnie, chociaż zimą nie miało to za wiele sensu. Niemniej zawsze udawało się coś znaleźć.  Samotny gryf przeleciał niemalże nad moją głową, zmierzał na północ, w stronę granicy. Rozeszliśmy się w różne strony, niektórych towarzyszy straciłam z oczu i raczej nikt nie powinien zwrócić uwagi na to, że ja też zniknęłam. Prawie za nim poszłam, ale rozpoznałam tego osobnika - to był Długie Pióro, znajomy z wyprawy do Krakowa. Nie mogłam mu tego zrobić, w końcu znałam go lepiej od innych. Przez wyrzuty sumienia postanowiłam poczekać na kolejną szansę.

poniedziałek, 18 marca 2019

Wpis nr 8

Te kilka dni w Krakowie było istnym szaleństwem. Szybko udało mi się załatwić małe dwupokojowe mieszkanie, w którym mieliśmy się zatrzymać. Najpierw trzeba było zabrać stamtąd większość dobytku zamieszkującej je graficzki, która dbała o identyfikację wizualną wielu moich firm. Załatwiłam to przez portal, żeby niepotrzebnie nie zwracać uwagi sąsiadów nagłą przeprowadzką. Kobieta - Ewa, tak miała na imię - tymczasowo miała zamieszkać w moim domu. Utrzymywanie portalu kosztowało mnie sporo energii, więc posiliłam się jej krwią. Uderzyło mnie to, jak bardzo Ewa się z tego ucieszyła. Niestety ostatnio nie miałam czasu, by zająć się swoimi ludźmi.

Niecałe trzy godziny później wróciłam do gryfów. Wiosenna Pogoda była już poddenerwowana, prawie na mnie nakrzyczała. Mogłaby mnie zdekonspirować, gdyby zaczęła poszukiwania za pomocą magii. Przepraszałam i udawałam kruchą przerażoną ludzką istotkę, chociaż w środku trochę się gotowałam. To ja dbam o nocleg i wyżywienie, a ona tu kłapie dziobem? Ech, to jeszcze nie była pora na konfrontację, zwłaszcza, że wokół nas policja i inne służby utworzyły szczelny kordon. W końcu wpakowaliśmy się do samochodu. Policjanci niechętnie nas przepuścili, a potem - oczywiście - zaczęli śledzić. 

Gryfy wchodzące po schodach na wąskiej klatce schodowej to naprawdę śmieszny widok. Pazury przednich łap im się ślizgają, próbują złapać równowagę, ale skrzydła obijają się o ściany i barierki. Pozwoliłam sobie na drobne chichoty pod nosem i żałowałam, że nie mam tego nagranego, miliony wyświetleń na You Tubie miałabym jak w banku. 
- Następnym razem wlatujemy oknem - warknął Długie Pióro, kiedy wreszcie doczłapaliśmy na trzecie piętro.
Poprawiłam im trochę humory otwierając lodówkę, którą wcześniej razem z moimi ludźmi wypełniliśmy mięsem. Chyba nie chciało im się już lecieć na polowanie, zwłaszcza, że byliśmy pilnie obserwowani, a jedyną zwierzyną w okolicy byli ludzie. Oni mieli łatwo, mięso mogłam im kupić w każdym sklepie. Ewentualnie zawsze mogli kogoś pożreć, w końcu to gryfy, można się tego po nich spodziewać. Ja wciąż chciałam zachować anonimowość, więc teleportowałam się szybko do moich ludzi w trakcie wieczornych kąpieli.

Ogólnie jednak starałam się trzymać na uboczu. Woziłam gryfy do kurii, spędzaliśmy tam cały dzień w większości czekając na korytarzach pod różnymi drzwiami. Kościołowi się nie spieszyło, nam owszem. Cierpliwie tłumaczyłam wszystko piąty raz kolejnym oficjelom. Kiwali głową ze zrozumieniem i zasłaniali się przełożonymi. Trzeciego dnia wkurzona Wiosenna Pogoda zaczęła używać magii.

Ludzka magia była jak elektryczność, szybka i niebezpieczna. Moja wyglądała podobnie, w końcu kiedyś też byłam człowiekiem. Ale gryfia... Gryfia była jak woda, miękka, oplatająca i zmieniająca rzeczywistość. Wiosenna Pogoda posługiwała się nią subtelnie. Ledwo ją wyczuwałam, chociaż byłam tuż obok. Zachowanie kościelnych urzędników momentalnie się zmieniło. Stali się milsi, bardziej uprzejmi. Nagle gdzieś w biurze niedaleko rozdzwonił się telefon i był to sam arcybiskup. Więc na niego też wpłynęła, mimo iż był w Rzymie? Imponujące osiągnięcie. Ja nigdy nie byłabym w stanie wejść do umysłu nieznanego mi człowieka znajdującego się tak daleko. Okazało się, że tak, wszystko da się załatwić, i to praktycznie od razu. Po kilkudziesięciu minutach intensywnych rozmów telefonicznych znalazł się ksiądz, który zechciał objąć gryfią parafię. Następnego dnia wpakowaliśmy go wraz z jego manatkami do samochodu i wróciliśmy do Czorsztyna.

Po tej akcji dostałam oficjalną pochwałę od władcy i mnóstwo nowych obowiązków. Świetnie, stare porzekadło o tym, że nagrodą za dobrze wykonaną pracę jest więcej pracy, sprawdziło się doskonale. Przy królikach miała mi pomagać nowo przybyła nastolatka o imieniu Oliwia, która zamieszkała ze mną i Dominikiem. Ja natomiast miałam nadzorować księdza i pilnować czy nie podburza ludzi do buntu, co oznaczało więcej spotkań z gryfami i samym Szarą Skałą. Nijak nie ułatwiało mi to mojej własnej misji, ale na szczęście na razie nie wzbudzałam żadnych podejrzeń i spokojnie mogłam dalej udawać zwykłą śmiertelniczkę.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Wpis nr 7

Nadeszła zima, dość ciepła i bezśnieżna, a ja dalej nie wiedziałam co robić. Tkwiłam więc pomiędzy gryfami i pasłam moje króliki zeschłą trawą. Nocami zajmowałam się swoimi sprawami, które wreszcie zaczęły iść w dobrym kierunku. Może interesy nie przynosiły takiego dochodu, żebym znalazła się w pierwszej dziesiątce najbogatszych, bo postawiłam duży nacisk na ich legalność i etyczność, ale pierwsza setka jak najbardziej była w moim zasięgu. Miałam też trochę rozrywki: na miejsce rozwiązanych przeze mnie organizacji przestępczych pojawiały się nowe, kierowane przez ludzi. Wreszcie mogłam polować i zastraszać kryminalistów. Niektórzy byli całkiem nieźli i próbowali się ukrywać, ale moi ludzie też byli dobrzy i nie pozwalali im zbyt długo cieszyć się wolnością. Te nocne łowy sprawiały mi wiele frajdy i pozwalały rozładować energię. Lubię też myśleć, że w jakimś stopniu przyczyniam się do poprawy bezpieczeństwa na świecie - choć, nie czarujmy się, nie jestem w stanie wyłapać wszystkich, a na miejscu tych zjedzonych kiedyś pojawią się następni. 

W połowie grudnia wydarzyło się coś ciekawego. Zbliżały się święta i nasza mała społeczność zapragnęła mieć księdza (poprzedni został zjedzony podczas gryfiego najazdu). Nie żeby większość była jakimiś super gorliwymi katolikami, raczej zadecydowała nasza rodzima tradycja - ludzie chcieli karpia, choinki, pasterki i takich tam. Gryfie władze zrobiły ankietę, w której napisałam, że nie jestem wierząca i w sumie jest mi to obojętne, ale jeśli inni chcą, to niech mają tego księdza. O ile wiem, to gryfy mają podobne podejście do religii, więc Szara Skała na specjalistę ds. księdza wybrał właśnie mnie. Do moich obowiązków miało należeć znalezienie odpowiedniego kapłana, sprowadzenie go tutaj i pośrednictwo między nim a gryfim władcą. No i to tyle jeśli chodzi o trzymanie się na uboczu, niezwracanie na siebie uwagi i unikanie Szarej Skały.

Dzięki temu nowemu zadaniu odwiedziłam Kraków, oczywiście z asystą dwojga gryfów - żołnierza i mocno utalentowanej magiczki. Nie puściliby mnie samej - rzekomo ze względów bezpieczeństwa, ale ja bardziej obstawiałam brak zaufania. Przed podróżą Wiosenna Pogoda - magiczka - powiedziała mi, że w razie jakichkolwiek większych problemów, jeśli nas napadną, albo zaczną strzelać, mam schować się za Długim Piórem - wojownikiem, nie wychylać się i czekać, aż ona wszystko załatwi. Fajnie, że pomyśleli o moim bezpieczeństwie, ale gdybym pojechała sama, nikt nie domyśliłby się, że reprezentuję gryfy i nic by mi nie groziło. Zachowałam te przemyślenia dla siebie, bo przecież udaję pokorną i posłuszną istotę ludzką. Po drodze mieliśmy kilka incydentów, głównie ludzi rzucających kamieniami w nasz samochód, ale Wiosenna Pogoda szybko sobie z nimi poradziła. Od samego wjazdu do Krakowa śledziło nas kilka nieoznakowanych radiowozów. Gryfy zdawały się ich nie zauważać albo nie zwracać na nich uwagi, więc ja też ich zignorowałam. Pojechałam prosto na Franciszkańską pod siedzibę Kurii nie przejmując się takimi banalnymi znakami jak zakaz wjazdu czy zatrzymywania się. Wysiadłam z samochodu, gryfy zeskoczyły z paki. Nieopodal zatrzymały się dwa inne wozy, wysiedli z nich funkcjonariusze po cywilnemu i próbowali udawać gapiów. Gdyby to był sezon już bylibyśmy otoczeni przez tłum turystów, ale i tak, pomimo niekorzystnej pogody, wokół utworzyło się już małe zbiegowisko. Wiosenna Pogoda popatrzyła na mnie pytająco. Nie miała pojęcia gdzie teraz powinniśmy pójść, więc przejęłam inicjatywę i poprowadziłam gryfy do głównego wejścia.

Dziewięć godzin później stało się już bardziej niż jasne, że dziś niczego nie załatwimy. Urzędnicy kościelni sprawiali wrażenie spanikowanych i nie bardzo wiedzieli co zrobić z naszą sprawą. Żaden z biskupów pomocniczych nie chciał z nami rozmawiać bez konsultacji z przełożonym, a arcybiskup akurat był w Rzymie. Trzymano nas więc w różnych poczekalniach i korytarzach, ale przez zamknięte drzwi usłyszałam wystarczająco dużo. Byliśmy czymś nieoczekiwanym, jak bomba rzucona w sprawne tryby kościelnej machiny. Kościół słynie z cierpliwości, na którą my nie mogliśmy sobie pozwolić. Gryfy stawały się coraz bardziej niespokojne. Chyba były głodne. Ja też niedługo zrobię się głodna, a to może wszystko skomplikować. Nie chciałam tego, więc w końcu zwróciłam się do Wiosennej Pogody:
- Dziś już nikt nas nie przyjmie, wróćmy tu jutro. Jestem z Krakowa i mam tu mieszkanie... koleżanka ma klucze. Mogłabym pójść do niej, a potem przenocowalibyśmy u mnie.
Gryfini zastanawiała się chwilę, po czym odparła:
- Dobrze, chodźmy.
I już chciała iść ku wyjściu, ale szybko zastąpiłam jej drogę.
- Przepraszam, ale chciałabym pójść sama. Na zewnątrz jest już pewnie pełno policji, będą nas śledzić. Wolałabym nie robić problemów koleżance. Sama nie będę tak bardzo rzucać się w oczy. Proszę...

Musiałam wypaść bardzo przekonująco, bo Wiosenna Pogoda zgodziła się. Szybko odeszłam w stronę wyjścia i teleportowałam się do domu, kiedy tylko upewniłam się, że nikt mnie nie widzi.

czwartek, 17 marca 2016

Wpis nr 6

Nie zdziwiło mnie, że Dominik został informatykiem. Przecież już wyglądał jak stereotypowy nerd z amerykańskich komedii. No, w sumie informatyk to za wiele powiedziane. Dali mu całkiem porządną lustrzankę i kazali robić fotoreportaże, które potem będzie zamieszczał na naszej stronie. Poza tym miał odbywać dyżury przy utrzymaniu porządku publicznego - ładna nazwa na zamiatanie ulic, odśnieżanie i zbieranie śmieci. Dodatkowym zajęciem większości mężczyzn było pilnowanie granic. Mieszane gryfio-ludzkie drużyny nieustannie strzegły nowego państwa - bo tak trzeba określić ten twór polityczny. Dominik widocznie sprawiał wrażenie zbyt słabego fizycznie do służby w straży, więc przydzielili go do sprzątania. Ja trzy razy w tygodniu, późnym wieczorem, miałam dyżury w karczmie - sprzątanie i mycie naczyń po całym dniu. Ale moim głównym zajęciem miała być hodowla królików.

Króliki, czaicie to? Wampir ma hodować króliki... Kiedy to usłyszałam o mało nie wybuchnęłam śmiechem. No cóż, jeśli już mam się tym zajmować, to postaram się stworzyć najlepszą hodowlę królików ever. Dostałam siedemnaście puchatych stworzeń, nadałam im imiona, zrobiłam kolorowe szelki... Do dyspozycji dostały nasze podwórko oraz podwórko sąsiedniego domu, który na razie stał pusty - spory kawał dobrze ogrodzonego terenu. Kazałam moim ludziom sprawdzić w necie czym powinno się żywić te uszaste stwory i całe dnie spędzałam na znoszeniu do domu nieźle już przysuszonej trawy, ziół i gałązek. Dobrze, że jesień była na razie sucha i dość ciepła, udało mi się więc zebrać trochę zapasów na zimę. Zaczęłam prowadzić księgę hodowlaną - brzmi dumnie, ale był to zwykły zeszyt formatu A4 w okładce w czerwoną szkocką kratę. Pilnowałam, by nie były ze sobą zbyt blisko spokrewnione. Grabiłam ich bobki do złudzenia przypominające czekoladowe płatki śniadaniowe. Króliki może nie są zbyt bystre, ale praca przy nich relaksowała mnie. W nocy teleportowałam się do domu i przez kilka godzin zajmowałam się sprawami z różnych zakątków świata. Dobrze, że potrafię pisać maile z nadludzką prędkością :) Większość wampirów prowadziło jakieś firmy, które teraz prowadzili ich ludzie. Wiem, że niewolnicy są przyzwyczajeni do wypełniania poleceń swojego pana, ale do cholery, czy teraz naprawdę nie potrafili samodzielnie o niczym zadecydować? Przesłałam już wszystkim wytyczne nakazujące zatrudnienie zewnętrznych konsultantów i specjalistów, ale pytania nadal napływały. Tym oto sposobem potrafiłam o trzeciej w nocy pisać z gościem na temat sprzedaży jakiś koreańskich akcji. Tak jakbym się na tym znała...

Po załatwieniu bieżących spraw zwykle teleportowałam się do jakiegoś człowieka chcącego oddać dla mnie krew. My musimy pić ludzką krew, to oczywiste. Ale ludzie też szybko przyzwyczajają się, wręcz uzależniają od bliskiego kontaktu z wampirem. A teraz mamy tak wielu osamotnionych niewolników i tylko jedną wampirzycę... Miałam więc rozpisaną kolejkę chętnych i starałam się poświęcić im trochę czasu. Potem wracałam do państwa gryfów i łapałam te dwie, trzy godziny snu, które były mi niezbędne. Tak mijały mi kolejne dni. Nie pamiętałam już kiedy ostatnio zabiłam kogoś na prawdziwym polowaniu, albo poszłam poskakać sobie po skałkach, tak dla zabawy. Nie no, oczywiście pamiętałam, jakże mogłabym zapomnieć cokolwiek. Ale ten brak wolnego czasu irytował mnie coraz bardziej. A wkurzony wampir to zły wampir i uwierzcie, nie chcielibyście spotkać takiego na swojej drodze. Na szczęście mogłam trochę się uspokoić łażąc z wielkim prześcieradłem po łąkach, rowach i innych krzaczorach i zbierając chwasty dla moich królików. Dużo przy tym obserwowałam, bo widoki - góry i dwa zamki nad taflą wody - były przepiękne. Obserwowałam też gryfy i ich zwyczaje. Trasy patroli. Wyloty na polowanie. Loty godowe. Coraz łatwiej było mi wyczuć ulotne echo ich magii. Magii, która wzmacniała się i coraz bardziej należała do tego miejsca. Mogłabym zbadać ją dokładniej, sprawdzić czy tak samo jak nasza układa się w żyły i czakramy, ale nie chciałam ryzykować dekonspiracji. Poprzestałam więc na dyskretnym szpiegowaniu w przerwach pomiędzy jedną a drugą wiązką roślinek dla królików. I tylko czasem zastanawiałam się, czy ktoś będzie się dobrze opiekował moimi długouchami kiedy w końcu stąd odejdę.