piątek, 24 kwietnia 2020

Wpis nr 15

Chcąc nie chcąc musiałam się pospieszyć. Vea dała mi więcej, niż oczekiwałam: myślałam, że zachowa przyjazną neutralność, ale ona postawiła się w pozycji strażniczki i sędziny; teraz będzie stać nad piaskownicą i pilnować, żeby dzieci nie zrobiły sobie zbyt dużej krzywdy walcząc o zabawki. Może to śmieszne porównanie, ale dobrze oddaje sedno sprawy. 

Wysłałam maile do dzieci (Dzieci! Wciąż jeszcze nie mogę się do tego przyzwyczaić) z opisem sytuacji. Wiedzieli, że będą musieli przejąć negocjacje w razie, gdybym nie wróciła. Ale to była bardzo niemiła ewentualność i wolałam o niej nie myśleć.

Miałam już przygotowany tekst traktatu, spisany w dwóch egzemplarzach na grubym papierze formatu A2 i schowany do tuby po plakacie. Pomiędzy kartki włożyłam pióra wyrwane zabitemu gryfowi i upewniłam się, że nie wystają i nie zostaną wykryte przy pobieżnej kontroli. Teraz pozostało tylko ubrać się jakoś bardziej reprezentacyjnie i wyruszyć.

Eh, ubranie! Problem pod tytułem "nie mam co na siebie włożyć" występuje równie często u ludzi, jak i u wampirów, niezależnie od wielkości posiadanej garderoby. Zdecydowałam się na bezpieczne i sprawdzone połączenie czarnej bazy z kolorowym akcentem. Wybrałam czarne botki, czarne kryjące rajstopy i również czarną krótką sukienkę z długimi rękawami bez absolutnie żadnych ozdób. Na szyi zawiesiłam nowy klanowy symbol, srebrno-czerwoną różę. Popatrzyłam tęsknym wzrokiem na najbardziej szalony ciuch w mojej szafie, czyli marynarkę zdobioną wielkimi cekinami mieniącymi się wszystkimi odcieniami szmaragdowej zieleni, ale jakoś gryzła mi się z czerwienią płatków róży. Jestem dość konserwatywna jeśli chodzi o modę, nie przepadam za łączeniem ze sobą wielu kolorów i wydaje mi się, że wyglądam głupio w pstrokaciźnie, wzięłam więc w końcu ciemnoczerwony aksamitny żakiet w stylu wiktoriańsko-pirackim, czy jak tam się to nazywało. Najważniejsze, że pasował mi do reszty, a jego srebrne guziki były wysadzane diamentami, więc mogłam też trochę błyszczeć. Dosłownie w ostatniej chwili poprawiłam włosy i porwałam ze szkatułki kilka srebrnych pierścionków: jeden ze sporym rubinem założyłam na jedną dłoń, dwa skromniejsze bez kamieni powędrowały na drugą. Wiedziałam, że wyglądam teraz poważniej niż zwykle, i na pewno zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy udawałam Paulinę. Nie musiałam się ukrywać i maskować czarnych wampirzych oczu iluzją.

Za to musiałam sprawić wrażenie silniejszej, niż jestem w rzeczywistości. Uwolniłam część swojej aury, tę mroczną, odpowiedzialną za zastraszanie ofiar w trakcie polowania. Gdyby ktoś z was wszedł teraz do pokoju, na pewno poczułby się nieswojo i instynktownie oczekiwał czegoś złego. Na gryfy to tak nie zadziała, ale da im jasno do zrozumienia, że mają do czynienia z innym drapieżnikiem. Resztę bardzo dokładnie zablokowałam. Nie mogłam dopuścić, by jakikolwiek gryf przebił się do środka, musiałam reagować bardzo stanowczo na każdą próbę. Dobrze, że umiałam rozpoznawać ich magię, bez przygotowania nie miałabym szans. Cóż, może powinnam jeszcze coś przekąsić? Świeża krew by nie zaszkodziła, ale mogłabym po niej zrobić się senna. Teleporty do Londynu nie nadszarpnęły moich sił, stwierdziłam więc, że nie ma na co czekać, złapałam tubę z traktatem i przeniosłam się na drogę z Nowego Targu pod jedno z głównych wejść do Państwa Gryfów.

Granica w tym miejscu była ogrodzona, na szosie ustawiono zasieki, a przejścia pilnowali strażnicy - ludzie i gryfy. Obok drogi zbudowano dużą budkę wartowniczą. Za nią stały zaparkowane dwa pickupy, legendarnie niezawodne Toyoty. Podeszłam do pierwszego umocnienia i czekałam w milczeniu. Wiało, więc włosy malowniczo mi się unosiły. Pomyślałam, że wyglądam surowo i epicko, chociaż zapewne to nie była prawda.
- Paulina? Gdzie ty się podziewałaś? - zawołał jeden z ludzi na mój widok. Rozpoznałam go: miał na imię Krzysiek i czasem gadaliśmy ze sobą przy kolacji.
- Chcę rozmawiać z Szarą Skałą. I nie jestem Paulina.
- Martwiliśmy się o ciebie, ty i Niedźwiedź tak nagle zniknęliście - kontynuował strażnik, jakby moje słowa do niego nie dotarły. Niedźwiedź. Więc tak miał na imię... Ciemnobrązowe pióra i sierść, faktycznie jak u niedźwiedzia.
Jeden z trzech obecnych tu gryfów coś jednak usłyszał, bo zbliżył się i wskoczył na drewnianą zaporę. Górował nade mną, ale wyglądał zabawnie, jak przerośnięty kot na płocie. Jego też kojarzyłam, nazywał się Srebrny Strumień i miał bardzo charakterystyczne oczy: jedno brązowe, drugie bladoniebieskie.
- Najpierw porozmawiasz ze mną. Gdzie byłaś?  - warknął gniewnie.
Gwałtownie zmieniłam aurę na jeszcze mroczniejszą i silniejszą, żeby na pewno do niego dotarło. Zadziałało, wzdrygnął się, a Krzysiek bezwiednie cofnął się o parę kroków. Teraz już wszyscy się mną zainteresowali, trójka gryfów i pięciu mężczyzn z bronią, którzy jednak nie znaleźli w sobie odwagi, by podejść bliżej.
- Zapomnijcie o Paulinie, którą znaliście. Nie jestem nią i nigdy nie byłam. Chcę porozmawiać z Szarą Skałą.
- Używasz magii... Jak... - mamrotał pod dziobem Srebrny Strumień, obwąchał mnie i oglądał badawczo to niebieskim, to brązowym okiem. Nachylił się naprawdę blisko i poczułam delikatny dyskomfort, ale ani myślałam ustąpić mu pola.
- Chcę to wyjaśnić twojemu władcy. Proszę, żebyście mnie do niego zaprowadzili. Mam pokojowe zamiary, przyszłam sama, nie wzięłam żadnej broni - na dowód tego rozłożyłam szeroko ręce. W lewej dłoni trzymałam tubę, ich spojrzenia od razu się na niej skoncentrowały - A tutaj mam projekt umowy, ale to nie dla waszych oczu.

Gryfy popatrzyły na siebie, przekazały coś telepatycznie. Wyczułam to, ale nie byłam taką chamówą, żeby podsłuchiwać. Na razie miałam sytuację pod względną kontrolą.
- Otwórz to i wyjmij zawartość - rozkazała samica. Jej nie znałam. Delikatnie wyjęłam kartki nie rozwijając ich, po czym teatralnie potrząsnęłam tubą, żeby zademonstrować, że naprawdę jest pusta. Gryfini jeszcze dla pewności zajrzała do środka.
- Czyli używasz magii i chcesz zawrzeć umowę z Szarą Skałą. I jeszcze mamy cię zaprowadzić, może z asystą honorową? - podsumował szyderczo Srebrny Strumień. - A nie przyszło ci na myśl, że możemy cię do niego zawlec? W łańcuchach?
Delikatne mrowienie, nagła senność... Tak to chciały rozegrać. Za atakiem stała ona, była najbliżej, oczy zmrużyła w skupieniu. Odepchnęłam ją mocno, nie na tyle jednak, żeby wyrządzić jej prawdziwą krzywdę. Jak to mawiają wśród wampirów: nie ma krwi, nie ma żalu. Gryfią magiczką szarpnęło, jakbym zamiast mentalnego ataku posłała jej jak najbardziej fizycznego strzała pod dziób. Krzysiek i dwóch innych zareagowali automatycznie i wymierzyli we mnie karabiny, gryfy natomiast dosłownie zatkało. Gryfini otrząsnęła się i śmiesznie nastroszyła, po czym wymieniła intensywne spojrzenia i myśli z Srebrnym Strumieniem. Trzeci gryf przez chwilę również uczestniczył w naradzie, następnie poderwał się ciężko w powietrze i wylądował za mną, zapewne w odległości jednego szybkiego skoku. Korciło mnie, ale się nie obejrzałam. Niech myśli, że nie boję się mieć go za plecami.

Ewentualna walka nie przedstawiała się ciekawie, ich była trójka, a ja... cóż, naprawdę nie miałam broni. Magiczne zdolności wykraczające poza prostą telepatię najwidoczniej miało tylko jedno z nich. Ludzi nie brałam pod uwagę, nie wątpiłam, że gryfy będą chciały pokonać mnie osobiście i nie pozwolą im się mieszać.
- Jeśli bardzo chcecie, mogę się teleportować do zamku, wiem, gdzie to jest. Jeszcze raz powtórzę: to oficjalna wizyta, proszę zaprowadźcie mnie do waszego władcy. Nie będę rozmawiać z nikim innym.
Zamiast odpowiedzi dostałam kolejny mentalny atak, tym razem poprowadzony trochę inaczej. Natarły na mnie w trójkę, subtelnie próbując przeniknąć osłonę, którą otoczyłam umysł. Tak, jak myślałam, samica była najlepsza w te klocki, samce miały marny talent. Uszczelniłam osłonę i rozszerzyłam ją, co trochę ich przystopowało. Gryfini naparła znowu, o wiele mocniej niż za pierwszym razem. Jeśli to szczyt jej możliwości, to była tylko troszkę lepsza od Niedźwiedzia, a z nim poszło mi łatwo. Nie spodziewała się chyba, że ją zaatakuję, bo nie podniosła żadnej osłony. Błąd, wielki błąd, za który zapłaciła teraz padając nieprzytomna na ziemię. Zapanowałam nad nią równie łatwo, jak nad pierwszym lepszym człowiekiem, i kazałam jej zapaść w śpiączkę na dwie godziny.
Szelest piór i zgrzyt pazurów o asfalt usłyszałam w ostatniej chwili, ale miałam jeszcze czas, by postawić tarczę. Atakujący gryf odbił się od niej jak od solidnego muru. Jego też szybko uśpiłam, żeby nie tracić sił na walkę. Został tylko Srebrny Strumień, zszokowany i już nie taki pewny siebie.
- Tylko śpią, nic im nie będzie - wyjaśniłam szybko, żeby nie doprowadzić do niepotrzebnych nieporozumień. - No to gdzie masz te łańcuchy? Nadal uważasz, że dam się zakuć i gdziekolwiek zawlec?
- Już wezwałem posiłki - odwarknął.
- W takim razie ja sobie zaraz zniknę, ale zostanę gdzieś w pobliżu i będę na was polować. Tu jeden gryf, tam drugi, i znudzą wam się wycieczki poza wasze terytorium. No chyba, że podpiszemy pokój - zamachałam mu pod nosem papierami, które ciągle ściskałam w garści.
- Bzdura, żaden człowiek jeszcze nie zabił gryfa. I ty też potrafisz nas tylko uśpić.
- Tak? Ale ja nie jestem człowiekiem. I co, twoim zdaniem, stało się z Niedźwiedziem? Zniknęliśmy jednego dnia, i ja tu jestem, a on... w sumie też tu jest.

Wyciągnęłam ciemnobrązowe pióra spośród kartek. Gryf zeskoczył z barykady i obejrzał je bardzo dokładnie. Milczał przez dłuższą chwilę. Potem wysyłał gdzieś telepatyczną wiadomość tak niechlujnie, że prawie odczytałam jej treść w ogóle się nie wysilając.
- Obudź ich, a ja polecę do zamku i przekażę władcy, że prosisz o audiencję. Nie zaatakują cię, jeśli będziesz ich słuchać. Oddział, który zaraz tu będzie, też nic ci nie zrobi. Chyba, że sama zaczniesz.
- No widzisz, można było tak od razu. Ja tu przyszłam rozmawiać, a wy zaczęliście od gróźb i prób włamania do mózgu - trochę się z nim droczyłam, ale podeszłam do leżących nieruchomo gryfów i kazałam im się obudzić. Powoli, żeby nie pomyśleli, że walka nadal trwa. Dojście do siebie zajęło im tyle czasu, że wezwane posiłki w sile sześciorga gryfów zdążyły przybyć, wylądować i naradzić się z Srebrnym Strumieniem. Przewodził im nie kto inny jak Długie Pióro.

Zabrali mnie do wartowni, kazali trzymać ręce na widoku i nie wykonywać gwałtownych ruchów. Przez chwilę siedział ze mną Długie Pióro.
- A więc jesteś czymś innym, niż wszyscy myśleliśmy... Nie rozumiem, jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć - westchnął ciężko i wyszedł. Potraktowałam jego słowa jako komplement.
Potem pilnowała mnie magiczka, która jak wywnioskowałam z usłyszanych rozmów, miała na imię Alrauna, i nieduży młodziutki gryf z grupy Długiego Pióra. Był naprawdę młody, taki gryfi nastolatek. Czyli musiał być najbardziej utalentowany z całej tej bandy, inaczej nie kazaliby mu tu być.
Czekałam tam prawie półtorej godziny. Nikt nie zaczął ze mną rozmawiać, więc również się nie odzywałam. Nie był to jednak czas stracony. Odpoczęłam trochę i mogłam oszacować pozostałe siły. Teraz przydałby się solidny posiłek... Nie było tak źle, z powodzeniem mogłam udawać twardzielkę i uciec, gdyby ktoś potężny spróbował przejrzeć ten blef. Starć z takimi podrzędnymi magikami jak Alrauna mogłabym wygrać jeszcze ze trzy, i to nawet wtedy, gdyby stawiali opór, o czym ona najwyraźniej zapomniała.
W końcu usłyszałam poruszenie na zewnątrz. Srebrny Strumień wrócił z zamku i wydawał rozkazy. Mieli zawieźć mnie do władcy jednym z samochodów, z nim i Długim Piórem w roli eskorty.
- Szara Skała postanowił cię przyjąć - oznajmił wchodząc do środka. - Powiedz mi tylko, dlaczego mam wrażenie, że wiedział, że stanie się dziś coś dziwnego?   

środa, 22 kwietnia 2020

Wpis nr 14

Minęły trzy dni. Moje dzieci nie zgłaszały zastrzeżeń co do swojego nowego życia. Min wrócił do Szwajcarii, Amara do USA, Marcin postanowił zwiedzić kilka miejsc, o których marzył od dawna, i tylko z Aśką miałam kontakt inny niż internetowy. Na razie obie mieszkałyśmy w Krakowie i na razie żadnej z nas to nie przeszkadzało. 

Początkowo miałam zamiar zrobić to od razu po stworzeniu nowych wampirów, ale jakoś nie miałam odpowiedniego nastroju. W końcu jednak zebrałam się w sobie i teleportowałam się do Londynu, żeby porozmawiać z Veą na temat moich dalszych planów. Owszem, mogłam sobie darować, ale jeśli smoki miały coś przeciwko, to wolałam dowiedzieć się o tym jak najwcześniej. Nie żebym poszła tam prosić o pozwolenie, ale nie pogardziłabym kilkoma dobrymi radami.

Nie zastałam smoczycy w domu, ale gniazdo nie było puste. Leżały w nim cztery jaja, gęsto nakrapiane różnymi plamami w odcieniach szarości i brązu. W porównaniu z gniazdem zbudowanym z grubych gałęzi, a nawet całych pni drzew, wydawały się małe. Zerknęłam na nie ciekawie, po chwili jednak odsunęłam się aż na skraj dachu wieżowca. Takie gapienie się mogło zostać źle odebrane. Odblokowałam aurę, by Vea mogła rozpoznać mnie z daleka i nie wzięła za intruza, jak za pierwszym razem. Usiadłam sobie wygodnie i patrzyłam na nieco zdziczały Londyn, w którym, według najnowszych szacunków, pozostało już tylko niecałe trzy miliony mieszkańców.

To był bardzo przyjemny dzień, z pogodą odległą od angielskich stereotypów, i siedziało mi się tam całkiem dobrze. Bez porządnych okularów przeciwsłonecznych nie byłoby tak miło, ale na szczęście wzięłam je ze sobą. Vea przyleciała po jakiś czterdziestu minutach. Najpierw poczułam mentalne szarpnięcie, krótkie, lecz bardzo intensywne, i dopiero wtedy zobaczyłam jej sylwetkę na południowo-zachodnim niebie. Przed lądowaniem zatoczyła jeszcze kilka kółek nad wieżowcem, po czym delikatnie opadła prosto na swoje gniazdo. 
- Myślałam, że nasza znajomość już się zakończyła - powitała mnie dość oschle. - Ale jednak przyszłaś. Albo przestałaś się na mnie gniewać, albo czegoś chcesz.

Jej diagnoza była tak trafna, że aż się roześmiałam. Zdjęłam okulary i podeszłam trochę bliżej. Musiałam ostro zadzierać głowę, żeby spojrzeć w jej gadzie oczy. 
- W sumie to jedno i drugie. To znaczy nie gniewam się na ciebie już od dawna, ale byłam zajęta czym innym i jakoś tak nie miałam czasu, żeby wpaść...
- Czyli wybaczasz mi... nam, zagładę całej twojej rasy? - zapytała zdumiona mrugając trzecią powieką jak krokodyl. Znałam smoki tylko z jej opowieści, ale to pytanie potwierdzało, że były strasznie mściwe i w życiu by czegoś takiego nie wybaczyły.
- Powiedzmy, że rozumiem, dlaczego to zrobiliście. A z tą zagładą, to nie jest do końca tak, jak myślisz. My rozmnażamy się inaczej, i wystarczy jeden wampir, żeby stworzyć następne. I właśnie parę dni temu stworzyłam swoje pierwsze dzieci. Teraz jest nas pięcioro.

Nie byłam do końca przekonana czy powinnam mówić o tym Vei. Miałam jakieś niejasne odczucie, że powinna to być tajemnica, ukryty atut, ale stwierdziłam, że takie niedomówienia były dobre w gierkach pomiędzy wampirzymi klanami, a nie w rozmowie z potężną smoczycą. Przecież gdyby chciała, to mogłaby przeorać mi mózg wzdłuż i wszerz, i wyciągnąć wszystko, co tylko uzna za przydatne. 

Wieść o naszym odrodzeniu strasznie ucieszyła Veę. Może nie krzyczała i nie skakała z radości, ale sprawiała wrażenie, jakby pozbyła się wielkiego ciężaru. Próbowałam ją zapewniać, że ani ja, ani moje potomstwo, nie będziemy polować w smoczych miastach i osiedlać się blisko ich gniazd, ale często mi przerywała zapewniając, że to nieważne, i że wszystko będzie dobrze. Spoważniała dopiero, gdy udało mi się wreszcie wtrącić:
- Właściwie przyszłam tu, żeby ci powiedzieć, że zabiłam gryfa.

- Jak to zabiłaś? Przecież one się tak dobrze zabezpieczyły...
- Owszem, przed ludźmi. A ja człowiekiem nie jestem, i do tego szpiegowałam je przez parę miesięcy. Mieszkałam z nimi, pracowałam dla nich, Szara Skała czytał mi w myślach, ale udało mi się go oszukać, a później rozgryźć ich tarczę. W końcu wyzwałam samotnego gryfa na pojedynek i wygrałam. Jeśli chcesz, mogę ci to pokazać.

Vea pokręciła przecząco głową, tak bardzo po ludzku. 
- I czego chcesz teraz, wojny? - spytała.
- Oczywiście, że nie, no co ty. Chcę pójść do nich, powiedzieć, że wiem, i zaproponować traktat. Podział na strefy wpływów, ustalenie granic, jak zwał, tak zwał. Bo przecież wiesz, że bez kontroli będą mogły zakładać nową kolonię co ile? Na początku raz na pięć, może sześć lat, potem coraz szybciej, a potem będzie to już regularny podbój ludzkości. Przeżyją tylko ci, którzy im się podporządkują, no i może niedobitki gdzieś na waszych terytoriach. Widzisz w takim świecie miejsce dla wampirów?
- Więc podział stref wpływów? Chcesz tak po prostu pójść do ich władcy i powiedzieć mu, że od tej pory nie może już robić wszystkiego, na co ma ochotę... Odważnie, ale w waszej sytuacji pozostaje tylko to lub otwarta walka. Wiesz, że nie pozwolę ci wybić wszystkich gryfów? - nagle smoczyca zmieniła ton na ostrzejszy.
- Wiem. A pozwolisz gryfom wybić wszystkie wampiry? - odpowiedziałam szybko, a ona zaczęła się śmiać. 
- Czyli tego chciałaś, mam być gwarantem twojego traktatu. Cwane, nie powiem. No i muszę się zgodzić, chociaż nie odwalę za ciebie całej roboty. Mogę tylko... - tu na chwilę przerwała, wzrok jej znieruchomiał. - Przekazałam Szarej Skale, że radzę mu zachować się rozsądnie. Teraz dopytuje się, o co chodzi, ale go blokuję. Będzie mnie męczył, więc lepiej się pospiesz.
- Dzięki, naprawdę bardzo dziękuję, Vea.

Odwróciłam się, by odejść i kulturalnie teleportować się z nieco dalszego miejsca. 
- Niepotrzebnie zabiłaś tego gryfa, to ci teraz nie pomoże. Ale rozumiem, dlaczego to zrobiłaś. I oby gryfy też to zrozumiały - dobiegł mnie jeszcze głos smoczycy.

piątek, 17 kwietnia 2020

Wpis nr 13

Najpierw musiałam przedłużyć gatunek. Pojedynek z gryfem był niebezpieczny, ale zawsze mogłam uciec, za to teraz zamierzałam pójść prosto do Szarej Skały, co mogło okazać się samobójstwem. W razie najgorszego scenariusza lepiej, żeby mój gatunek przetrwał. Wybrałam czworo ludzi: Asię, moją główną księgową, która marzyła o przemianie właściwie od zawsze; Marcina, znajomego ze studiów, który bez wahania porzucił dziewczynę i resztę swojego ludzkiego życia, gdy tylko wyjaśniłam mu, o co chodzi; Amarę, która wcześniej nie miała z wampiryzmem nic wspólnego, poznałam ją przypadkiem w Nowym Jorku, również przypadkiem odczytałam jej myśli i okazało się, że ma charakter bardzo podobny do mojego; no i jeszcze mój ulubiony ekspert od biznesu, Min-soo, który oprócz bycia geniuszem finansowym wprost kipiał charyzmą i znał się na zarządzaniu ludźmi. Wydawało mi się, że ci ludzie będą dobrym materiałem na wampiry. Wszyscy zgodzili się na przemianę i zdawali się rozumieć, czego od nich oczekuję. 

Postanowiłam zrobić to za jednym zamachem. Zabrałam moich wybrańców do Warszawy, bo tam łatwo było o ofiarę, nawet w środku nocy. Przygotowałam dobrze zaciemnione mieszkanie w centrum. Nigdy wcześniej nikogo nie przemieniałam. Nie, żebym nie chciała, młode wampiry często chcą przemienić kogoś ze swojej rodziny albo znajomych, też miałam takie pomysły. Wydaje nam się, że jesteśmy tacy wyjątkowi, a tu proszę, mamy swoje własne schematy. Ale nie byłam szefową klanu, więc nie mogłam tego zrobić. Takie zasady. Właśnie, klany. Mogłabym kontynuować swój Klan Szmaragdu, ale to, co chciałam zrobić, niezbyt dobrze pasowało do jego założeń. W Szmaragdzie lądowały wampiry, które naprawdę mocno chciały nimi zostać. Aśka i Marcin by się nadali, reszta już niezbyt. Mój nowy klan miał zdobyć władzę, czyli zrobić coś, co do tej pory było zabronione. Potrzebowaliśmy nowej nazwy i nowego symbolu.

Początkowo odruchowo pomyślałam o czarnej róży, to w końcu podstawowy i najbardziej oczywisty symbol wampiryzmu w ogóle. Sama mam przed domem krzaczek tych pędzonych magią kwiatów. Zrobiłam już nawet pięć srebrnych zawieszek w kształcie róży w pełnym rozkwicie z emaliowanymi na czarno płatkami. Ale potem przypomniało mi się, że czarnymi różami najbardziej jarali się sadyści i nieudacznicy, tacy, co to tylko mhrok, zuo i nietoperze. No dobra, może przesadzam, ale tylko odrobinę. A my teraz mieliśmy chronić ludzi, nie tylko żywić się nimi. Zmieniłam więc kolor emalii na czerwony, oznaczający krew, która daje życie i nam, i ludziom. Jedną różę od razu zawiesiłam sobie na szyi. I tak nie zakładałam już starego klanowego pierścienia, wielki szmaragd osadzony w złocie niepotrzebnie zwracałby uwagę w trakcie mojej szpiegowskiej misji, a potem jakoś się od niego odzwyczaiłam. Nadal darzę go wielkim sentymentem, w końcu to prezent od ojca, a zielony kamień wciąż jest przepięknym symbolem wieczności. Pozostała jeszcze kwestia nazwy. Nie chciałam przekombinować, pozostałam więc przy prostym Klanie Róży.

Moje przyszłe wampiry mocno się denerwowały, chociaż przecież dokładnie wytłumaczyłam im, co się niedługo stanie. Będę pić z nich, aż prawie umrą, a wtedy nakarmię ich własną krwią. Ona zabije ich do końca, stracą przytomność, przestaną oddychać, serce się zatrzyma. I zacznie dziać się magia, mroczna stara magia, która zmieni ich ciała w silne maszyny do zabijania, polepszy ich zmysły, usprawni umysł i da moce, które pozwolą im panować nad materią i zwykłymi, słabymi ludźmi. Żeby utrwalić przemianę, muszą zabić: wyjść w noc, odnaleźć ofiarę i wyssać z niej życie. Pójdzie im to łatwo, instynkt jest silny od samego początku. Musimy odebrać życie, by dostać życie, inaczej cała krew naszego stwórcy pójdzie na marne, bo i tak umrzemy, tym razem już na dobre. Słyszałam o przemienionych wbrew własnej woli, którzy odmawiali dokonania tego pierwszego rytualnego zabójstwa. Większość z nich łamała się, bo ból prawdziwej śmierci był nie do zniesienia, ale potem słabe były z nich wampiry i ginęli szybko, nawet celowo prowokując sprzeczki z silniejszymi od siebie. Kilkoro podobno wytrzymało i umarło, ale szczerze? Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Pamiętam dobrze swoje pragnienie krwi i nie wyobrażam sobie, jak mogłabym się mu oprzeć.

W każdym razie moje wampirki mniej więcej wiedziały, co je czeka. Słońce zaszło już na dobre, mogliśmy więc zaczynać. Nie żeby pora dnia miała jakieś magiczne znaczenie, po prostu nasze oczy po przemianie są wyjątkowo wrażliwe i wyjście na jaskrawe światło dzienne byłoby nieprzyjemnie bolesne. Pierwszą do zaciemnionego pokoju zaprosiłam Amarę. Ona wydawała się być najbardziej zestresowana, wydawało mi się nawet, że zbladła, chociaż na jej ciemnej skórze ciężko było to poznać. Poszło mi całkiem dobrze, bez problemów usłyszałam moment, w którym jej serce zaczęło zwalniać, a umysł odpływać. Dałam jej krwi i wtedy musiałam ją trochę przytrzymać, bo zaczęła panikować. Traciła siły powoli, poczułam, jak targają nią skurcze. A tak, przemiana była bolesna. Ja miałam to szczęście, że zemdlałam tuż po podaniu krwi i nic nie czułam, Amara widocznie miała silniejszy organizm. Byłam z nią przez ostatnie kilkadziesiąt sekund jej ludzkiego życia, powtarzałam, że wszystko będzie dobrze. W końcu odpłynęła, a ja zawołałam Marcina.

Miałam nadzieję, że z Marcinem będzie lepiej, w końcu już od dawna marzył o czymś magicznym, ale on też mocno trzymał się życia, nawet krzyknął tuż przed utratą przytomności. A przecież wyssałam z niego tyle krwi, że rozcinałam sobie nadgarstek w panicznym pośpiechu, bo bałam się, że mi tu zaraz umrze. Min i Asia znieśli to o wiele lepiej, może dlatego, że jako byli niewolnicy byli przyzwyczajeni do obecności wampirów? Podkreślam, byli niewolnicy, bo poprzedniego dnia oficjalnie ich wyzwoliłam, mogli nawet odejść, jeśliby chcieli. Może od teraz stosunki między nami a wami, zwyczajnymi ludźmi, będą inne, ale nie zamierzałam zmieniać reguł rządzących wampirzą społecznością. Wypracowaliśmy je przez stulecia i jak dotąd dobrze się sprawdzały. Przemienianie niewolników nie było zabronione, ale było postrzegane jak coś, co zrobiłby tylko ostatni frajer.

Miałam już cztery nieprzytomne ciała leżące na podłodze w niemal całkowitej ciemności. Okna zasłoniłam wcześniej roletami i grubymi zasłonami, więc światło latarni prawie nie przedostawało się do środka. Nawet przy wyostrzonym wzroku widziałam tylko kontury przedmiotów i szarości zamiast kolorów. Zapaliłam malutką świecę w pokoju obok, żeby moje dzieci po przebudzeniu jednak cokolwiek zobaczyły i nie deptały jedno po drugim. Usiadłam wygodnie w fotelu i czekałam. Miało to potrwać mniej niż godzinę, zaskakująco krótko jak na ilość zmian, która miała w tym czasie nastąpić.

Pierwszy obudził się Marcin. Standardowo najpierw przez dłuższą chwilę zachwycał się światem, wyglądającym teraz zupełnie inaczej, potem zorientował się, że już nie musi oddychać.
- Ależ to wszystko dziwne... Dlaczego mówię, skoro nie oddycham? Przecież mówi się tylko przy wydechu, to jak ja teraz...
- Magia - przerwałam mu krótko, ale to była prawda. Mówimy tylko dzięki magii, tak samo jak gryfy. - Idź teraz, zapoluj. Dopiero po tym przyjdzie do ciebie prawdziwa moc i zacznie się prawdziwa zabawa - zachęciłam go z uśmiechem. Wyszedł i słyszałam, jak skacze po schodach, przeskakuje kilka stopni naraz. Widocznie zaczął bawić się od razu.

Po kilku minutach wstały dziewczyny, jedna dosłownie chwilę po drugiej. Wpatrywały się w siebie z ekscytacją, dotykały włosów, zasłon, nawet ozdobnej poduszki z mojego fotela. Im też musiałam przypomnieć, że mają coś ważnego do zrobienia.
- Tylko rozdzielcie się, nie polujcie na jedną ofiarę - dodałam. - To nie wystarczy, zmarnujecie czas, a im dłużej wam zejdzie, tym będzie bardziej bolało.

Min nadal się nie ruszał, wyglądał jak zwłoki. Może potrzebował więcej czasu. Albo coś poszło nie tak. Nachyliłam się nad nim, ale nie byłam w stanie niczego stwierdzić. Nie chciałam zaglądać mu do umysłu, nie wiedziałam, czy nie spowoduje to jakiejś katastrofy. Po prostu czekałam. Wreszcie, prawie równo godzinę po przemianie, podniósł się gwałtownie i spojrzał na mnie pytająco.
- Reszta już poszła - wyjaśniłam.
- Ok, ja też pójdę - powiedział tylko krótko i wyszedł. Powściągliwy typ.

Min może i przemieniał się najdłużej, ale sprawę pierwszego polowania załatwił bardzo szybko. Nie było go tylko piętnaście minut, z zegarkiem w ręku. Siedział ze mną w pokoju ze świeczką i czekaliśmy na powrót reszty. Nie mówił za wiele, ale w pewnym momencie zauważyłam zmianę w jego zachowaniu.
- Czyżby magia zaczęła do ciebie przychodzić? - zapytałam.   
Przytaknął i powoli wyciągnął dłoń w stronę świecy. Płomyk zgasł, po chwili zapłonął znowu. Min uśmiechał się szeroko. Teraz uniósł świeczkę w powietrze, zatoczył nią małe kółko i powoli opuścił na blat.
- Nie spodziewałem się, że to będzie takie łatwe.
- Widocznie masz do tego talent, duży talent - pochwaliłam go.
Rozmawialiśmy o magii dopóki nie wróciła reszta. Czułam ich radość, tylko Marcin wydawał się nieco przybity.
- Wasze pierwsze, i być może ostatnie, w życiu morderstwo, już za wami - powiedziałam na jego użytek. Wiedziałam, że był dobrym człowiekiem i zabijanie może mu nie do końca pasować. - Witajcie w Klanie Róży. Pamiętacie Prawa, pamiętacie nasze zadanie, nie będę się teraz powtarzać.
Rozdałam im róże zawieszone na długich srebrnych łańcuszkach. Założyli je, a ja poczułam autentyczną dumę z tego, co udało mi się tu stworzyć.
- Teraz jest czas świętowania, więc pójdziecie gdzieś na miasto i się zabawicie, chyba, że wolicie wrócić do domu i cieszyć się nowym życiem w samotności. Możemy być w kontakcie, nie wahajcie się dzwonić, pisać, przysłać kogoś z wiadomością, albo po prostu wpaść z wizytą, albo też możecie sami wszystko ogarnąć, nie ma pośpiechu. Nie mam zamiaru wam rozkazywać, ale byłoby miło, jakbyśmy wszyscy spotkali się za miesiąc u mnie i omówili najważniejsze sprawy. Czujcie się oficjalnie zaproszeni. A teraz lećcie już, noc na was czeka - zakończyłam trochę zbyt pompatycznie.
- Może pójdziesz gdzieś ze mną.. - spytała Aśka urywając niezręcznie. Pewnie chciała dodać na końcu "pani".
- Nie, nie, to jest wasz czas. Zresztą muszę po was posprzątać, na pewno narobiliście bałaganu. Ale to będzie pierwszy i ostatni raz, zapamiętajcie to dobrze! - skrzyczałam ich żartobliwie i teleportowałam się na zewnątrz kamienicy zostawiając w pokoju cztery nowo narodzone wampiry.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Wpis nr 12

Magowie nie pozwalali nam ingerować w ludzką politykę w jakikolwiek sposób. Politycy dla nas nie istnieli - nie robiło się z nimi interesów, nie pożywiało się nimi, nawet przebywanie w jednym pomieszczeniu mogło zostać źle odebrane. Ciężko znosiliśmy ograniczenia, ale to był jeden z warunków rozejmu między nami a magami, który zakończył długą epokę krwawych wojen, a obowiązywał już prawie trzysta lat. Do tej pory myślałam, że zakaz ten ustanowiono tylko dlatego, żeby uniemożliwić nam zdobycie nadmiernych wpływów, ale teraz wydaje mi się, że to nie do końca prawda. Po prostu każdy szanujący się wampir po spotkaniu z przeciętnym ludzkim politykiem miałby ochotę tylko na jedno: urwać takiemu łeb i dobrze się upewnić, że skurwysyn nie żyje, bo to, ile te szuje mają na sumieniu, przechodzi wampirze pojęcie. I to niby my byliśmy tymi złymi...

Tak, pamiętacie tę dziwną serię zgonów na najwyższych szczeblach władzy sprzed kilku tygodni? To byłam ja. Co prawda urwałam łeb tylko jednego, potem szkoda było marnować krew. Miałam pomysł, wyjątkowo głupi jak się okazało: chciałam podzielić się informacjami o gryfach z rządem. Dało się z nimi skutecznie walczyć, dla zwykłych ludzi było to trudne, ale nie niemożliwe. Nie łudziłam się, że siłom rządowym uda się odbić zajęte przez nie terytorium, za dobrze go chroniły. Jednak powstrzymanie pojedynczych gryfów od zjadania mieszkańców sąsiednich miejscowości było jak najbardziej w zasięgu. Mam wyrobiony pewien nawyk: zawsze przed zrobieniem interesów z człowiekiem szybko sprawdzam jego umysł, czy aby na pewno warto z nim współpracować; tak też postąpiłam z premierem. To, co tam zobaczyłam... Nie będę tego opisywać, nie chcę się znów denerwować. Sami wiecie, że premier i tych czterech innych już nie żyją. Przyznaję, przy generale trochę mnie poniosło, w porównaniu z tamtymi być może nie zasłużył na śmierć. Cóż, wtedy nie miałam wątpliwości.

I tak upadł mój pomysł współpracy z ludźmi. Przez kilka dni byłam wściekła, musiałam wyładować się w Meksyku. Meksyk to takie magiczne miejsce, wykończysz tam jeden gang, a po paru tygodniach na jego miejsce pojawiają się dwa następne. Lubiłam też polować na kłusowników w Azji i w Afryce, ale to była wyrafinowana rozrywka, wymagająca tropienia śladów w dżungli albo na sawannie, bezszelestnych podchodów i ataków w środku nocy. W Meksyku było inaczej. Wystarczy wejść do cieszącej się złą sławą dzielnicy dowolnego miasta, poczekać, aż ktoś będzie chciał cię okraść albo napaść, ewentualnie sprzedać prochy. Potem czyta się takiego delikwenta, szuka miejsca pobytu jego mocodawcy - zawsze jest ktoś ponad takim zwykłym leszczem z ulicy - idzie się tam i robi rozwałkę. Potem czynność można powtórzyć, nawet kilka razy, bo zwykle jeszcze jest szef szefa, i jeszcze jakiś szef. Dużo krwi, dużo frajdy, a i okolicznej policji nagle poprawiają się statystyki... Chociaż ostatnio jakby tych wielkich szefów brakowało, moja działalność zaczęła widocznie przynosić długofalowe skutki. Tak więc pobawiłam się trochę w Meksyku, ochłonęłam, i przeniosłam się do absurdalnie uroczej chatki nad kanadyjskim jeziorem, cudownej miejscówki, w której mogłam na spokojnie wymyślić coś mądrzejszego.

Poprzedni właściciel tej chatki miał świetny gust. Drewno, kominek z otoczaków, miękkie kanapy, ciepłe koce. Wszystko idealnie do siebie pasowało, jak w magazynie wnętrzarskim. Porządku pilnowała tu trójka ludzi, którzy bardzo tęsknili za swoim panem. Widziałam, że bardzo ucieszyli się z mojego przybycia, ale żeby mogła wytworzyć się między nami prawdziwa więź, musiałabym tu zostać na długie miesiące. Ich właściciel już do nich nie wróci, smoki skutecznie o to zadbały. Właśnie, smoki były na tyle silne, by stanowić przeciwwagę dla gryfów... Ale raczej nie zechcą wchodzić z nimi w otwarty konflikt, w końcu pochodzą z tego samego świata i przybyły tu razem. Ba, może nawet nie powinnam zadzierać z gryfami, bo te poskarżą się smokom i wspólnie zetrą mnie z powierzchni Ziemi. Zresztą kogo ja tu chcę oszukiwać, do tego wystarczyłby jeden porządnie uzdolniony gryf, który wiedziałby, jak się za to zabrać.   

Wyszłam na taras, usiadłam na drewnianych schodkach i wpatrywałam się w ciągle zamarznięte jezioro. Wymyśliłam plan, który miał szanse powodzenia, niepozbawiony ryzyka, ale co mi tam. Najwyżej mnie zabiją i przynajmniej przestanę czuć się jak relikt przeszłości.