poniedziałek, 22 lipca 2019

Wpis nr 10

Pierwsza próba upolowania gryfa zakończyła się więc niepowodzeniem. Nie zrażałam się jednak i wypatrywałam innej okazji. Nie nadeszła ona szybko, ale za to przytrafiło się coś, co potwierdziło moje domysły na ich temat. Te cholery krwawiły, więc jakoś da się je zamordować.

To był słoneczny dzień, ciepły jak na początek lutego, ale za to bardzo wietrzny. Przeprawiałam się właśnie łódką przez jezioro z Niedzicy na gryfią stronę, władca wezwał mnie, by osobiście wydać rozkazy dotyczące moich obowiązków związanych z księdzem. Dla prawdziwego obywatela Państwa Gryfów byłby to duży zaszczyt. A ja, cóż, myślałam tylko o tym, czy moja aura jest wystarczająco dobrze ukryta i czy nie "wystaje" spod narzuconej na wierzch ludzkiej osobowości. W powietrzu śmigało stadko młodych gryfiatek z ubiegłorocznego lęgu. Jak to dzieciaki, ganiały się i piszczały, urządzały wyścigi od zamku do zamku, albo próbowały łowić ryby, które nieostrożnie podpływały do powierzchni rozmarzniętego jeziora. Ich podekscytowane głosy niosły się po całej okolicy. Małe gryfy były szybkie i zwinne, ale tego dnia wiatr wiał naprawdę mocno. Nie widziałam dokładnie tego zdarzenia, słońce raziło mnie w oczy i wolałam nie patrzeć w górę, jednakże nie sposób było przeoczyć zamieszania, które po nim nastąpiło. Jedno z gryfiatek zostało ciśnięte nagłym podmuchem o kwadratową wieżę czorsztyńskiego zamku i z przeraźliwym wrzaskiem spadło kilkanaście metrów niżej. Powietrze od razu zaroiło się od strażników próbujących pomóc młodemu. Kiedy wreszcie dotarłam do zamku, mijałam poszkodowanego dzieciaka, którego ułożono tuż pod główną bramą. Matka dawała mu właśnie ochrzan stulecia, ale w jej oczach widać było troskę. Wezwany z zamku mag zajmował się jego strzaskanym skrzydłem. Skrzydłem, które wręcz lepiło się od krwi - widocznie młody miał złamanie otwarte. Próbowałam się nie gapić i poszłam za  prowadzącym mnie strażnikiem ze spuszczoną głową, ale dobrze zapamiętałam zapach tej krwi. To był bogaty, smakowity aromat pełen życia i energii, czyli dokładnie taki, jak u ludzi. Pod tym względem nie różnicie się zbytnio od siebie - spokojnie możecie zostać moją kolacją.

Tak więc dało się zranić gryfa. Ale jak dokładnie? Przecież wojsko do nich strzelało i nic. Czy była to kwestia wieku? Młode są podatne na ataki, starsze osobniki już nie... Raczej nie, gdyby młode dało się łatwo zabić, rodzice nie dawaliby im aż takiej swobody. Przecież widziałam niewyrośnięte gryfiątka latające wzdłuż granic i prowokujące ludzkich strażników. To na pewno był jakiś rodzaj magii. Ale przecież nie wszystkie gryfy były magicznie uzdolnione. Owszem, to była potężna rasa i obstawiałam, że ponad połowa coś umie, co najmniej połowa z tych obdarzonych mocami jest na moim poziomie. No i tych kilkunastu najlepszych, z którymi bałabym się zadrzeć, a i ludzcy magowie mogliby mieć z nimi problem - oczywiście gdyby żyli. Wyglądało na to, że to właśnie ci najpotężniejsi rzucali jakieś zaklęcie ochronne na wszystkich, ale nie działało ono idealnie. Teraz tylko powinnam wymyślić, jak je przełamać, i problem z głowy.

Wieczorem moi współlokatorzy zauważyli, że jestem jakaś nieobecna. Wyjaśniłam im, że stresuję się po spotkaniu z władcą. Pocieszali mnie i zaproponowali wspólne wyjście na kolację, a ja zgodziłam się i skupiłam na teraźniejszości. To spotkanie z ludźmi, jak i każde inne zresztą, wywołało we mnie wewnętrzną wesołość. Zatłoczona karczma, zapach jedzenia, ciepło bijące od ognia w kominku, życzliwi ludzie wokół - prawie mogłam poczuć się częścią wspólnoty. Byli dla mnie tacy mili, Oliwka naprawdę jest pogodną i życzliwą osobą, a Dominik przez te parę miesięcy zyskał dużo pewności siebie. Ciekawe jak by się zachowywali, gdyby dowiedzieli się, kim jestem... Ech, znowu zaczynam się wywyższać. Że jestem sprawniejsza od was i znam magię? Że cholernie ciężko wam mnie zamordować, więc prawdopodobnie będę żyć bardzo długo? Takie tam drobiazgi, kto by zwracał na nie uwagę. Jednak czułam się tu obco, nie do końca na miejscu. Powinnam już wrócić do własnego życia, ale wciąż mam tu misję do wypełnienia.

Późnym wieczorem leżałam w łóżku i czekałam, aż Oliwia i Dominik zasną. Słyszałam jak dziewczyna coś sobie cicho śpiewa, głos miała całkiem niezły. I wtedy mnie olśniło. Jak ja załatwiłabym kwestię kuloodporności? Oczywiście tarcza, ale nie mogłaby być aktywna stale, bo to wymagałoby sporo mocy i musiałabym polować kilka razy dziennie. Ale jakby zaklęcie było uśpione i aktywowało się tylko w sytuacji zagrożenia? To miało dużo sensu. Stale włączona tarcza nie pozwoliłaby na to, żeby cokolwiek mnie dotknęło, a to mogło być kłopotliwe w codziennym życiu. Trzeba byłoby ustawić magię tak, żeby nie przepuszczała kul. I pocisków rakietowych. I fali uderzeniowej, czyli generalnie niczego, co porusza się z dużą prędkością. Ja bym tak zrobiła, a gryfy na pewno nie były głupsze. Przecież zdążyły poznać nasz świat i wiedziały, że ludzie będą do nich strzelać, a nie gonić z widłami. Jeśli moja hipoteza jest poprawna, powinien wystarczyć sztylet i trochę szczęścia.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Wpis nr 9

Styczniowe dni były mroźne i wypełnione pracą. Nowe obowiązki zajmowały mi większość krótkich popołudni i długich wieczorów, ale znajdowałam też czas na dalszą obserwację gryfów. Czasem latały poza swoje terytorium aby zapolować na ludzi i poczuć dreszczyk emocji - o jak dobrze to rozumiałam. W małych grupach, parach, albo pojedynczo. Postanowiłam zaatakować takiego samotnego łowcę przy najbliższej możliwej okazji.

Kolejnej nocy wzięłam z domu sztylet. Jeśli tych cholernych gryfów nie da się zabić magią i stalą, to już nie wiem jak się za nie zabrać. Jak to mówią - jeśli krwawi, to można to zabić, i nawet ja tu nie jestem wyjątkiem. Muszę dowiedzieć się czy mają jakieś słabości. Przyznaję, ludziom nie żyje się tak źle pod ich panowaniem, ale to ja jestem szczytowym drapieżnikiem na tej planecie i nie zamierzam do końca swoich dni udawać, że nie istnieję. Posiliłam się obficiej niż zwykle i teraz trzech osłabionych stratą krwi niewolników odpoczywało na moim łóżku, a ja pobudzona krążyłam po pokoju. Magia mocno pulsowała mi w żyłach i bałam się, że to przyciągnie uwagę gryfich czarodziejów. Ech, ostatnio spędzałam tu bardzo mało czasu. Kilka sztuk ubrań, których nie miałam jeszcze okazji założyć, leżało na fotelu. Kiedy udawałam Patrycję, ubierałam się bardziej w jej stylu, który mocno odbiegał od mojego.  Na stoliku obok moi ludzie kładli książki, które kazałam kupić, ale nie miałam kiedy przeczytać. Stosik zrobił się już całkiem pokaźny. Na samej górze położono nowy telefon, musiał przyjść dziś, bo wczoraj jeszcze go nie widziałam. Zamówiłam sobie najnowszy model, ale przecież na razie z niego nie skorzystam, bo u gryfów to zakazane... Ta konspiracja coraz bardziej mi ciążyła i stwierdziłam, że muszę zakończyć ją jak najszybciej, zanim zaliczę jakąś spektakularną wpadkę.

Przed teleportem do państwa gryfów rzuciło mi się w oczy urządzenie do podróży w czasie. Mały magiczny artefakt stworzony - o dziwo - z szarego plastiku, przypominał nieco pilota do telewizora z niewielkim ekranem. Od czasu katastrofy nie użyłam go ani razu.

Pierwsza okazja nadarzyła się cztery dni później. Miałam dyżur przy pracach porządkowych i w towarzystwie kilku innych osób sprawdzałam okolice dwóch rzek wpadających do Jeziora Czorsztyńskiego. Szukaliśmy śmieci, które woda mogła przynieść z okolic zamieszkanych przez ludzi. Gryfy były dość mocno wyczulone na punkcie zanieczyszczeń, więc robiliśmy takie obchody regularnie, chociaż zimą nie miało to za wiele sensu. Niemniej zawsze udawało się coś znaleźć.  Samotny gryf przeleciał niemalże nad moją głową, zmierzał na północ, w stronę granicy. Rozeszliśmy się w różne strony, niektórych towarzyszy straciłam z oczu i raczej nikt nie powinien zwrócić uwagi na to, że ja też zniknęłam. Prawie za nim poszłam, ale rozpoznałam tego osobnika - to był Długie Pióro, znajomy z wyprawy do Krakowa. Nie mogłam mu tego zrobić, w końcu znałam go lepiej od innych. Przez wyrzuty sumienia postanowiłam poczekać na kolejną szansę.