poniedziałek, 27 czerwca 2016

Wpis nr 7

Nadeszła zima, dość ciepła i bezśnieżna, a ja dalej nie wiedziałam co robić. Tkwiłam więc pomiędzy gryfami i pasłam moje króliki zeschłą trawą. Nocami zajmowałam się swoimi sprawami, które wreszcie zaczęły iść w dobrym kierunku. Może interesy nie przynosiły takiego dochodu, żebym znalazła się w pierwszej dziesiątce najbogatszych, bo postawiłam duży nacisk na ich legalność i etyczność, ale pierwsza setka jak najbardziej była w moim zasięgu. Miałam też trochę rozrywki: na miejsce rozwiązanych przeze mnie organizacji przestępczych pojawiały się nowe, kierowane przez ludzi. Wreszcie mogłam polować i zastraszać kryminalistów. Niektórzy byli całkiem nieźli i próbowali się ukrywać, ale moi ludzie też byli dobrzy i nie pozwalali im zbyt długo cieszyć się wolnością. Te nocne łowy sprawiały mi wiele frajdy i pozwalały rozładować energię. Lubię też myśleć, że w jakimś stopniu przyczyniam się do poprawy bezpieczeństwa na świecie - choć, nie czarujmy się, nie jestem w stanie wyłapać wszystkich, a na miejscu tych zjedzonych kiedyś pojawią się następni. 

W połowie grudnia wydarzyło się coś ciekawego. Zbliżały się święta i nasza mała społeczność zapragnęła mieć księdza (poprzedni został zjedzony podczas gryfiego najazdu). Nie żeby większość była jakimiś super gorliwymi katolikami, raczej zadecydowała nasza rodzima tradycja - ludzie chcieli karpia, choinki, pasterki i takich tam. Gryfie władze zrobiły ankietę, w której napisałam, że nie jestem wierząca i w sumie jest mi to obojętne, ale jeśli inni chcą, to niech mają tego księdza. O ile wiem, to gryfy mają podobne podejście do religii, więc Szara Skała na specjalistę ds. księdza wybrał właśnie mnie. Do moich obowiązków miało należeć znalezienie odpowiedniego kapłana, sprowadzenie go tutaj i pośrednictwo między nim a gryfim władcą. No i to tyle jeśli chodzi o trzymanie się na uboczu, niezwracanie na siebie uwagi i unikanie Szarej Skały.

Dzięki temu nowemu zadaniu odwiedziłam Kraków, oczywiście z asystą dwojga gryfów - żołnierza i mocno utalentowanej magiczki. Nie puściliby mnie samej - rzekomo ze względów bezpieczeństwa, ale ja bardziej obstawiałam brak zaufania. Przed podróżą Wiosenna Pogoda - magiczka - powiedziała mi, że w razie jakichkolwiek większych problemów, jeśli nas napadną, albo zaczną strzelać, mam schować się za Długim Piórem - wojownikiem, nie wychylać się i czekać, aż ona wszystko załatwi. Fajnie, że pomyśleli o moim bezpieczeństwie, ale gdybym pojechała sama, nikt nie domyśliłby się, że reprezentuję gryfy i nic by mi nie groziło. Zachowałam te przemyślenia dla siebie, bo przecież udaję pokorną i posłuszną istotę ludzką. Po drodze mieliśmy kilka incydentów, głównie ludzi rzucających kamieniami w nasz samochód, ale Wiosenna Pogoda szybko sobie z nimi poradziła. Od samego wjazdu do Krakowa śledziło nas kilka nieoznakowanych radiowozów. Gryfy zdawały się ich nie zauważać albo nie zwracać na nich uwagi, więc ja też ich zignorowałam. Pojechałam prosto na Franciszkańską pod siedzibę Kurii nie przejmując się takimi banalnymi znakami jak zakaz wjazdu czy zatrzymywania się. Wysiadłam z samochodu, gryfy zeskoczyły z paki. Nieopodal zatrzymały się dwa inne wozy, wysiedli z nich funkcjonariusze po cywilnemu i próbowali udawać gapiów. Gdyby to był sezon już bylibyśmy otoczeni przez tłum turystów, ale i tak, pomimo niekorzystnej pogody, wokół utworzyło się już małe zbiegowisko. Wiosenna Pogoda popatrzyła na mnie pytająco. Nie miała pojęcia gdzie teraz powinniśmy pójść, więc przejęłam inicjatywę i poprowadziłam gryfy do głównego wejścia.

Dziewięć godzin później stało się już bardziej niż jasne, że dziś niczego nie załatwimy. Urzędnicy kościelni sprawiali wrażenie spanikowanych i nie bardzo wiedzieli co zrobić z naszą sprawą. Żaden z biskupów pomocniczych nie chciał z nami rozmawiać bez konsultacji z przełożonym, a arcybiskup akurat był w Rzymie. Trzymano nas więc w różnych poczekalniach i korytarzach, ale przez zamknięte drzwi usłyszałam wystarczająco dużo. Byliśmy czymś nieoczekiwanym, jak bomba rzucona w sprawne tryby kościelnej machiny. Kościół słynie z cierpliwości, na którą my nie mogliśmy sobie pozwolić. Gryfy stawały się coraz bardziej niespokojne. Chyba były głodne. Ja też niedługo zrobię się głodna, a to może wszystko skomplikować. Nie chciałam tego, więc w końcu zwróciłam się do Wiosennej Pogody:
- Dziś już nikt nas nie przyjmie, wróćmy tu jutro. Jestem z Krakowa i mam tu mieszkanie... koleżanka ma klucze. Mogłabym pójść do niej, a potem przenocowalibyśmy u mnie.
Gryfini zastanawiała się chwilę, po czym odparła:
- Dobrze, chodźmy.
I już chciała iść ku wyjściu, ale szybko zastąpiłam jej drogę.
- Przepraszam, ale chciałabym pójść sama. Na zewnątrz jest już pewnie pełno policji, będą nas śledzić. Wolałabym nie robić problemów koleżance. Sama nie będę tak bardzo rzucać się w oczy. Proszę...

Musiałam wypaść bardzo przekonująco, bo Wiosenna Pogoda zgodziła się. Szybko odeszłam w stronę wyjścia i teleportowałam się do domu, kiedy tylko upewniłam się, że nikt mnie nie widzi.

czwartek, 17 marca 2016

Wpis nr 6

Nie zdziwiło mnie, że Dominik został informatykiem. Przecież już wyglądał jak stereotypowy nerd z amerykańskich komedii. No, w sumie informatyk to za wiele powiedziane. Dali mu całkiem porządną lustrzankę i kazali robić fotoreportaże, które potem będzie zamieszczał na naszej stronie. Poza tym miał odbywać dyżury przy utrzymaniu porządku publicznego - ładna nazwa na zamiatanie ulic, odśnieżanie i zbieranie śmieci. Dodatkowym zajęciem większości mężczyzn było pilnowanie granic. Mieszane gryfio-ludzkie drużyny nieustannie strzegły nowego państwa - bo tak trzeba określić ten twór polityczny. Dominik widocznie sprawiał wrażenie zbyt słabego fizycznie do służby w straży, więc przydzielili go do sprzątania. Ja trzy razy w tygodniu, późnym wieczorem, miałam dyżury w karczmie - sprzątanie i mycie naczyń po całym dniu. Ale moim głównym zajęciem miała być hodowla królików.

Króliki, czaicie to? Wampir ma hodować króliki... Kiedy to usłyszałam o mało nie wybuchnęłam śmiechem. No cóż, jeśli już mam się tym zajmować, to postaram się stworzyć najlepszą hodowlę królików ever. Dostałam siedemnaście puchatych stworzeń, nadałam im imiona, zrobiłam kolorowe szelki... Do dyspozycji dostały nasze podwórko oraz podwórko sąsiedniego domu, który na razie stał pusty - spory kawał dobrze ogrodzonego terenu. Kazałam moim ludziom sprawdzić w necie czym powinno się żywić te uszaste stwory i całe dnie spędzałam na znoszeniu do domu nieźle już przysuszonej trawy, ziół i gałązek. Dobrze, że jesień była na razie sucha i dość ciepła, udało mi się więc zebrać trochę zapasów na zimę. Zaczęłam prowadzić księgę hodowlaną - brzmi dumnie, ale był to zwykły zeszyt formatu A4 w okładce w czerwoną szkocką kratę. Pilnowałam, by nie były ze sobą zbyt blisko spokrewnione. Grabiłam ich bobki do złudzenia przypominające czekoladowe płatki śniadaniowe. Króliki może nie są zbyt bystre, ale praca przy nich relaksowała mnie. W nocy teleportowałam się do domu i przez kilka godzin zajmowałam się sprawami z różnych zakątków świata. Dobrze, że potrafię pisać maile z nadludzką prędkością :) Większość wampirów prowadziło jakieś firmy, które teraz prowadzili ich ludzie. Wiem, że niewolnicy są przyzwyczajeni do wypełniania poleceń swojego pana, ale do cholery, czy teraz naprawdę nie potrafili samodzielnie o niczym zadecydować? Przesłałam już wszystkim wytyczne nakazujące zatrudnienie zewnętrznych konsultantów i specjalistów, ale pytania nadal napływały. Tym oto sposobem potrafiłam o trzeciej w nocy pisać z gościem na temat sprzedaży jakiś koreańskich akcji. Tak jakbym się na tym znała...

Po załatwieniu bieżących spraw zwykle teleportowałam się do jakiegoś człowieka chcącego oddać dla mnie krew. My musimy pić ludzką krew, to oczywiste. Ale ludzie też szybko przyzwyczajają się, wręcz uzależniają od bliskiego kontaktu z wampirem. A teraz mamy tak wielu osamotnionych niewolników i tylko jedną wampirzycę... Miałam więc rozpisaną kolejkę chętnych i starałam się poświęcić im trochę czasu. Potem wracałam do państwa gryfów i łapałam te dwie, trzy godziny snu, które były mi niezbędne. Tak mijały mi kolejne dni. Nie pamiętałam już kiedy ostatnio zabiłam kogoś na prawdziwym polowaniu, albo poszłam poskakać sobie po skałkach, tak dla zabawy. Nie no, oczywiście pamiętałam, jakże mogłabym zapomnieć cokolwiek. Ale ten brak wolnego czasu irytował mnie coraz bardziej. A wkurzony wampir to zły wampir i uwierzcie, nie chcielibyście spotkać takiego na swojej drodze. Na szczęście mogłam trochę się uspokoić łażąc z wielkim prześcieradłem po łąkach, rowach i innych krzaczorach i zbierając chwasty dla moich królików. Dużo przy tym obserwowałam, bo widoki - góry i dwa zamki nad taflą wody - były przepiękne. Obserwowałam też gryfy i ich zwyczaje. Trasy patroli. Wyloty na polowanie. Loty godowe. Coraz łatwiej było mi wyczuć ulotne echo ich magii. Magii, która wzmacniała się i coraz bardziej należała do tego miejsca. Mogłabym zbadać ją dokładniej, sprawdzić czy tak samo jak nasza układa się w żyły i czakramy, ale nie chciałam ryzykować dekonspiracji. Poprzestałam więc na dyskretnym szpiegowaniu w przerwach pomiędzy jedną a drugą wiązką roślinek dla królików. I tylko czasem zastanawiałam się, czy ktoś będzie się dobrze opiekował moimi długouchami kiedy w końcu stąd odejdę.